Kobiece treści, Rewolucjonistki, Sylwetki Kobiet

6 przyczyn, dla których Stryjeńska sprzedała duszę diabłu!

26 lutego 2016
Zofia Stryjeńska, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowej (NAC). Źródło: http://culture.pl/pl/artykul/prace-zofii-stryjenskiej-wroca-do-polski

Tak mało wiemy o niektórych kobietach, które odcisnęły mocne piętno na naszej polskiej kulturze. Tymczasem ich życie, które toczyło się na tle burzliwych dziejów naszego kraju było często świetnym materiałem na film. Jedną z takich kobiet była Zofia Stryjeńska. Przez lata zapomniana malarka, o której świat przypomina sobie dopiero w 2008 roku podczas Wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie. Tymczasem przed wojną budziła podziw i zazdrość, zaznała wielkiej sławy i należała do elity kulturalnej międzywojennej Polski. Jak wielu artystów po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w swoich obrazach sławiła polski folklor, kwintesencję polskiej wsi. Dzisiaj z pomocą mocnego sznura reporterskiej pracy Angelika Kuźniak wyciąga dla nas jej zapomniane myśli i pokręconą dusze. Docierają do nas z odległej przeszłości. Jej biografia „Stryjeńska. Diabli nadali” to zaproszenie do zwariowanego umysłu wielkiej malarki. 

 

***

Na początku książki poznajemy ją w idyllicznym momencie. Jest 1907 rok. Prawdopodobnie wiosna. Świta a szesnastoletnia Zosia idzie ze swoim ojcem zobaczyć kolory poranka na krakowskim Rynku. Te odsłaniane są powoli przez bladomleczną mgłę. Rodzeństwo i mama jeszcze śpią. Nie szkodzi. Ojciec i córka rozumieją się najlepiej. Idą obok siebie, zadowoleni, uśmiechnięci.

Franciszek Lubański, prezes Izby Handlowej, właściciel sklepu z rękawiczkami i kilku kamienic, myśli o jej talencie. Ujawnił się bardzo wcześnie. Jako dziecko Zofia żyła w świecie wyobraźni i bardzo dużo malowała. Ojciec wie, że ona zostanie kimś. Trzeba ją tylko wyszlifować. Nie wie jednak, że na przyszłej, barwnej karierze pierworodnej pojawią się z czasem mocne pęknięcia. Zazna wielkiej sławy ale nie ominie ją również zawiedziona miłość i przygnębiająca bieda.

Zofia Lubańska idzie obok i uśmiecha się pod nosem. Od wczesnych lat młodości czuje, że przenoszenie życia na płótno jest dla niej równie ważne jak śmiech. Nie wie jednak, że za kilkanaście lat dziewczynka, która tak pragnie ciepła i miłości  przeistoczy się w zgorzkniałą kobietę. Pokrętny los sprawi, że po pełnych blichtru czasach, jeszcze bardziej polubi samotność. Z bogatej i pełnej specyficznego poczucia humoru księżniczki polskiego malarstwa, stanie się  milczącą nomadką. Taką, która chodzi nocą do kawiarni na dworcu, śpi w wannie, trzyma kapelusze w lodówce i obcina rękawy w okolicach łokci aby łatwiej było malować. Pędzel i sztalugi  będą jej najwierniejszymi towarzyszami. Ludzie często nie będą jej rozumieć.

Paradoks jej postaci polegał na tym, że była tak wrażliwa, że inni brali ją za osobę bez serca. Tak jakby stoczyła się w otchłań zapomnienia oddając duszę diabłu. Dlaczego? Książka „Stryjeńska. Diabli nadali” odsłoniła przede mną przyczyny tej mimowolnej transakcji. Wymieniam 6 z nich. Opisy nie są krótkie ale o pełnej sprzeczności Stryjeńskiej nie sposób pisać zwięźle. 

PRZYCZYNA NR 1. STEMPEL SPADKU PO OJCU. FASCYNACJA WIEJSKIM LUDEM.

Krakowskie spacery po Starym Mieście wzbogacone rozmowami z ojcem, który uwypuklał to co kontrastowe, ukształtowały jej twórczość i odcisnęły mocne piętno w jej wrażliwej głowie. Zostaną w niej na zawsze wszystkie barwy, zapachy i dźwięki rozśpiewanego Rynku. Zapamięta unoszący się nad największym placem w Europie zapach grzybów na sznurkach, wieńców cebuli, soli kamiennej i kołaczy z serem i rodzynkami. Nigdy nie zapomni blasku sprzedawanych łańcuszków, luster, świętych obrazów, świecideł na chłopskich kapeluszach.  Z ukochanym miastem kojarzyć będzie również dźwięk procesji, bicie w bębny, śpiew kumoszek w wykrochmalonych spódnicach i barwnych koralach, trzepot gołębich skrzydeł oraz dźwięk hejnału z wieży kościoła Mariackiego.

Czasem ojciec i córka zachodzili na jego tyły, gdzie „długimi rzędami rozsiadały się przekupki, każda w szerokiej kiecce z chustą w krakowską kratę, narzuconą na ramiona”*. Zofia nieraz obserwowała kłótnie między nimi. Wspomina, że bawiły ją niemiłosiernie. Oto jak opisywała te sceny:„Kiecki fruwały w górę, a grzeszne okrągłości, podobne dyniom, błyskały nago przed amfiteatrem widzów. >>A całujże mnie pani!<<. I tymi nagimi tyłkami do siebie się wypinały i doskakiwały w akompaniamencie bogatej fonetyki i obiecanek wzajemnych”*. Ojciec od początku zwracał uwagę córki na te sceny. Dzięki niemu jej wrażliwe oko widziało detale chłopskich ubiorów. Patrzyła a czas zamierał w ruchu. Po to, aby ona mogła przyjrzeć się tańczącym warkoczom, furgoczącym spódnicom, kręcącym się trzewikom, rumianym twarzom, bujnym piersiom. Po latach pisała, że to była wizja jej młodości, którą całe lata usiłowała odtworzyć. Nigdy nie była zadowolona z tych prób. Nie dorównywały oryginałowi, który kiedyś obserwowały jej oczy. Ten stempel młodości zbliżył ją ku diabelskiej, pozbawionej konwenansów i nieposkromionej naturze. Widać ją w jej najbardziej znanym cyklu obrazów, pokazującym jak bliski jest jej folklor i historia. Chodzi o cykl „Tańce Polskie” i „Bogowie Słowiańscy”

Stryjeńska, Taniec góralski z teki: Tańce Polskie

Stryjeńska, Taniec góralski z teki: Tańce Polskie. Źródło: http://www.rempex.com.pl/events/187-183-aukcja-dziel-sztuki-i-antykow/lots/20795-taniec-goralski-z-teki-tance-polskie

PRZYCZYNA NR 2. STEMPEL SPADKU PO MATCE. NIESTABILOŚĆ DUSZY

Zofia w stosunku do mężczyzn była nieśmiała a kobietom, albo nie ufała, albo je zwyczajnie lekceważyła. Sobą była w pojedynkę albo wśród przyjaciół oraz braci i sióstr. Podobno kontakty z rodzeństwem, ich rywalizacja, miłość i wsparcie pomagają. Ułatwiają późniejsze życie w społeczeństwie. Zofia relacje z siostrami i braćmi miała dobre, ale nie pomogły jej w lekkiej adaptacji wśród innych ludzi. Pokazuje to, że była jedną z tych osób, które trzeba było poznać bliżej aby zrozumieć. W przeciwnym razie uważano je za zarozumiałe. Paradoksalnie nie oznacza to, że nie umiała nawiązywać kontaktów. Znajomości nawiązywała łatwo, ale tak jak chciała sama. Myślę, że nie wszyscy rozumieli, że niektóre jej zachowania wynikały właśnie z nieśmiałości. Angelika Kuźniak przywołuje w swojej książce wspomnienia Magdaleny Samozwaniec: któregoś wieczoru młode Kossakówny (ona i jej siostra Maria) usłyszały, że na dole w pokoju ktoś gra na fortepianie. W willi Kossaków były wtedy same. Przynajmniej tak myślały. Kiedy weszły do salonu zobaczyły „jakieś zabawne stworzenie z murzyńską kręconą czupryną i wspaniałymi ognistymi ciemnymi oczami”*. Usłyszały: „Jestem Zofia Lubańska. Ten domek mi sie spodobał, więc weszłam przez werandę i gram sobie na fortepianie. Proszę mi nie przeszkadzać…”*.  Od tej chwili Maria Kossak a potem Maria Pawlikowska -Jasnorzewska i Zofia Stryjeńska są najserdeczniejszymi przyjaciółkami.

Sądzę, że Zofia żyjąc po swojemu wielokrotnie czuła, iż pędzel i płótno bliższe są jej niż kontakty z ludźmi. Być może przyczyną była postawa matki. Z jednej strony kochającej, z drugiej lubiącej chodzić własnymi drogami. Artystka przedstawia swój dom rodzinny jako pełen najserdeczniejszej miłości. Nie wspomina jednak o tym, że matka każdą kłótnię z ojcem kończyła ucieczką z domu. Przypuszczam, że jej powroty były cudowne. Święta w domu Lubańskich celebrowano pięknie. Dzieci kochały rodziców mocno i mimo wszystko. Zofia ukrywa ich sprzeczki przed potomnymi. Tak, jakby na jej cudownym domu rodzinnym nie mogła pojawić się żadna, nawet najmniejsza rysa. Dowiadujemy się o nich dzięki jej ojcu, który podobnie jak ona, opisywał swoje życie. Dał jej miłość i kazał rozwijać talent. Co przekazała jej matka? Miłość, dzikość serca i niestabilność duszy. Ze wszystkich jej dzieci, najstarsza Zofia, przypominała ją najbardziej. Z biegiem czasu zaczyna robić rodzinie podobne niespodzianki jak matka. Potrafiła zniknąć z domu na tydzień. Nikt nie wiedział gdzie jest, do czasu, kiedy nie okazało się, że wyruszyła do Wiednia. Pragnęła zwiedzać świat, poznawać inne obrazy, poszukiwać inspiracji. Często bez pieniędzy, spontanicznie. Zawsze robiła to co chciała. Dla malarstwa.

Zofia Stryjeńska  (polski, 1891/76) "Zabawa Przy ognisku" ( "Playing by the Fire")

Zofia Stryjeńska (polski, 1891/76) „Zabawa Przy ognisku” ( „Playing by the Fire”). Źródło: http://polishartandtea.tumblr.com/post/94075444474/lamus-dworski-zofia-stryje%C5%84ska-polish

Przyczyna nr 3. STEMPEL ZMIANY PŁCI. STUDENT TADEUSZ.

To nieprawdopodobne, że osoba tak zamknięta w sobie i nie przepadająca za towarzystwem mężczyzn sama postanowiła nim zostać. 1 października 1911 roku Zosia Lubańska w krótkich włosach i w ubraniu swojego brata rozpoczęła studia w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. W portfelu miała kilkadziesiąt marek, w które wyposażyli ją rodzice. W walizce przetłumaczone na niemiecki dokumenty brata. 

Skąd ta farsa? Czemu akurat Monachium? Lubańska nie mogła studiować w Krakowie jako kobieta a jako mężczyznę wcześniej czy później prawdopodobnie ktoś by ją rozpoznał. To były trudne czasy dla kobiet chcących się uczyć. Na Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych dziewczęta mogły studiować dopiero od 1920 roku. Podobnie było w Monachium, ale młoda Lubańska mogła tam spróbować swoich sił jako Tadeusz i zdobyć wiedzę dla innych kobiet nieosiągalną. Zofia wybrała tą uczelnie bo jak sama przyznaje, uznawana była za najtrudniejszą i co ważne, najlepszą wśród uczelni tego typu. Ileż jednak trzeba było odwagi aby wyrwać się z bezpiecznego domu rodzinnego i ruszyć w nieznane miejsce pełne mężczyzn, jako jeden z nich.  

Czas spędzony w Monachium okazał się kolejnym stemplem, który w jej wrażliwej głowie wypalił znamię na zawsze! Jednak nie tylko zmiana płci była powodem. Monachium kipiało życiem inaczej niż Kraków. Tu było więcej swobody, mniej oporów i mnóstwo inspiracji z prawdziwego zdarzenia. Tu po raz pierwszy w życiu Zocha zobaczyła między innymi dzieła Rembrandta i Velazqueza. Obserwowała wybuch ekspresjonizmu. Tu jako Tadeusz poznała założycieli słynnego ugrupowania „Der Blaue Reiter”. Tu wreszcie zakochała się w jednym z nich. Platonicznie. Był nim Aleksander Sacharow, kontrowersyjny rosyjski tancerz, choreograf i malarz, który został jednym z prekursorów tańca nowoczesnego. Przyciągał na ulicy uwagę innych, bowiem niczym barwny ptak uwielbiał stroić się w damskie suknie. Często mijali się z Zofią na tej samej ulicy w Monachium. On przebrany w kobiece stroje szedł na spotkanie ekspresjonistów w „Der Blaue Reiter”, a ona jako mężczyzna na uczelnię. Uczucie to zaowocowało cyklem rysunków zatytułowanych „Romans”. Przedstawia na nich siebie w roli pastuszka. Po tamtych czasach w jej twórczości pojawiło się upodobanie do tańca, ruchu i teatralności.

Zofia Stryjeńska (polski, 1891/76): fragmenty z cyklu "Gusła Słowian" stworzył około roku 1934. "Wianki" - wieńce kwiatowe wyrzucane do rzek podczas Nocy Kupały (obchody przesilenia letniego)

Zofia Stryjeńska (polski, 1891/76): fragmenty z cyklu „Gusła Słowian” stworzył około roku 1934. „Wianki” – wieńce kwiatowe wyrzucane do rzek podczas Nocy Kupały (obchody przesilenia letniego)

PRZYCZYNA NR. 4 – STEMPEL SPADKU PO TOKSYCZNEJ MIŁOŚCI. DZIKOŚĆ SERCA.

Studia w Monachium wśród samych mężczyzn nie pomogły Zofii Lubańskiej tych ostatnich zrozumieć. Wciąż jest bardzo nieśmiała. Ta sfera życia jest póki co niezmienna. Sukcesy odnosi na polu zawodowym. Ujawnia się jej talent na gruncie pisarskim. Tworzy cykl 18 „Bajek”, opartych na motywach ludowych i historycznych. Sama opatrzy je ilustracjami oraz, co ciekawe, przepisze je pismem naśladującym stare druki. Majstersztyk. Były tam opowieści: „O Maćku Roztropku”, „O dwóch braciach Okpile i Biedzile”, legenda o kwiecie paproci, bajka o Panu Twardowskim i jego uczniu. Cykl bardzo szybko znajduje nabywcę. Jest nim hrabia Edward Tyszkiewicz. Lubańska zarobiła na tej transakcji 3 tysiące koron. Sumę, na którą zawijaczka w krakowskiej fabryce czekolady musiałaby pracować pięć lat. Młoda artystka zostaje wciągnięta w artystyczne kręgi. Po wybuchu I wojny światowej uczestniczy  w Warsztatach Krakowskich Miejskiego Muzeum Techniczno-Przemysłowego. To tutaj poznaje przyszłego męża. Architekt Karol Stryjeński odpowiada jej dziecinnym wyobrażeniom o księciu z bajki, który ma być czarującym blondynem o niebieskich oczach. Jest artystą ze znanej krakowskiej rodziny. Zaczynają się spotykać. 

Po ślubie z okien mieszkania mają widok na Wawel i austriackie flagi, które nie pozwalają zapomnieć o trwającej wojnie. Pierwsze lata małżeństwa mijają spokojnie, ale już wtedy pojawia się cichy zgrzyt. Dom Stryjeńskich jest domem otwartym. W mieszkaniu ciągle przesiaduje tłum artystów ze środowiska inteligencji i cyganerii krakowskiej; Żeleńscy, Jachimeccy, Puszetowie, Kossakowie. Zocha nie mając odwagi zwierzyć się mężowi, że potrzebuje samotności ucieka do Zakopanego. Sama. Wraca jednak i chce urodzić Karolowi syna. Na świat przychodzi dziewczynka. Karmi ją z niechęcią. Nie ma blond włosów ani niebieskich oczu jak ojciec. Nie pasuje do jej wyobrażeń. Inaczej będzie z następnymi dziećmi. W 1922 roku rodzi dwóch chłopców. Karol jest zachwycony bliźniakami. Ona również. Mimo iż żaden nie ma blond włosów ani błękitnych oczu. W stosunku do chłopców Zofia była pełna miłości. Córkę, przynajmniej w okresie jej dzieciństwa, traktowała raczej obojętnie. 

W pierwszym okresie małżeństwa Karol jest zauroczony osobowością żony. Pomagał jej w dotarciu do publiczności. Wspierał. Z początku tego związku pochodzą najlepsze obrazy Stryjeńskiej. M.in.: „Świt”, „Po burzy”, „Wykroty”. Ilustracje do „Trenów” Kochanowskiego, „Monachomachii” Krasickiego. Wydawało się, że to małżeństwo będzie szczęśliwe. Ona przy nim rozkwitała. Nabierała śmiałości. Lubiła się bawić. To jednak nie trwało długo. Karol coraz gorzej znosił gwałtowność jej charakteru,upodobanie do samotności i prawdopodobnie pragnienie posiadania jego osoby niemal na wyłączność. Uciekał w pracę i na całonocne biesiady w towarzystwie Rafała Malczewskiego (syna), Karola Szymanowskiego i Witkacego. W przeciwieństwie do Zofii był duszą towarzystwa. Ona pragnęła nieustannej bliskości, ciepła, miłych słów, czułości. On chciał flirtu, gonitwy, gwałtowności w związku. W końcu zaczął mieć romanse. Ją zżerała zazdrość. Mogła podobać się mężczyznom, jednak pochłonięta pracą, zamknięta w sobie i mimo wszystko wierna Karolowi, nie była w stanie lepiej pokierować swoim życiem. Przeżywała gonitwę myśli, z którą nie umiała sobie poradzić. Pewnie dlatego dochodzi do wniosku, że Karol bardziej od niej kocha jej obrazy. Na jego oczach parę z nich drze. On nie rozumie jej zachowania. Przebywają wtedy w Paryżu, gdzie Stryjeński zostawia ją w końcu samą i wraca do Polski. Rozstają się po raz pierwszy. Zanim do siebie wrócą on umieści ją w zakładzie dla obłąkanych. 

Wspomnienia z oddziału dla psychicznie chorych kobiet są straszne. Odcisną kolejne piętno w jej duszy. Tych obrazów nie zapomni nigdy, a to przecież nie będzie ostatni raz. Dzięki interwencji rodziców wychodzi. Być może obiecuje sobie, że nie wybaczy już mężowi. Wciąż go jednak kocha. I dlatego, kiedy Karol Stryjeński postanawia do niej wrócić wierzy mu, że pobyt na najcięższym oddziale był niezamierzonym błędem. Przecież chciał tylko aby wśród białych ścian, światłych lekarzy i wszechobecnej czystości nabrała natchnienia. 

Projekt kostiumów do baletu Harnasie Karola szymanowskiego (ze zbiorów Muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku.

Projekt kostiumów do baletu Harnasie Karola szymanowskiego
(ze zbiorów Muzeum im. A. i J. Iwaszkiewiczów w Stawisku. Źródło: http://www.podkowianskimagazyn.pl/nr44/s.htm

PRZYCZYNA NR. 5 – STEMPEL ZAZDROŚCI. SAMOTNOŚĆ.

Od wiosny 1921 roku Stryjeńscy mieszkają w Zakopanym, gdzie Karol jest dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego. Tam spędzają czas na bankietach, wystawach, spacerach. Zofia dużo maluje. Wchodzi do stowarzyszenia artystów „Rytm”. Znajduje się wśród najbardziej cenionych malarzy. Wystawia z powodzeniem w Paryżu, Londynie, Florencji, Wenecji, Pradze, Sztokholmie, Wiedniu, Amsterdamie. Krytycy dopatrują się w jej dziełach ślady twórczości Mehoffera i sztuki XX wieku: kubizmu i art deco. Po wystawie swoich prac w Warszawie zostaje okrzyknięta „Księżniczką polskiego malarstwa”. W 1925 roku jeszcze większą sławę przynoszą jej obrazy namalowane na Międzynarodową Wystawę Sztuk Dekoracyjnych i Przemysłu Współczesnego w Paryżu, gdzie zdobywa cztery grand prix, wyróżnienie specjalne i Legię Honorową. Traci jednak męża. Tam między nimi coś pękło. Paradoksalnie wtedy, kiedy on powinien kochać swoją utalentowaną żonę najmocniej na świecie. Zofia nie jest bez winy. Jej dzikość, zapalczywość i zazdrość zrobiły swoje. Paryż był świadkiem wielu kłótni w wykonaniu tych dwojga. On ją jawnie lekceważy. Ona użądza sceny. Goni Karola z rewolwerem w okolicy Montparnasse. Rzuca w kierunku jego znajomych przekleństwa. Przyjaciele starają się jeszcze ich pogodzić. Na próżno.

Zofia pragnie jeszcze uratować związek. Jedzie z dziećmi do Zakopanego. Kłócą się. Karol jest niewzruszony i zauroczony inną kobietą. Stryjeńska śledzi go, rzuca kamieniami w okna pokoju gdzie on pracuje. Zakopane huczy od plotek, że szuka męża biegając po Zakopanem w koszuli nocnej i urządza sceny przed willą, gdzie on spędza czas z kochanką. Raz dopada go na polnej drodze i błaga by do niej wrócił. Po latach sama przyznaje, że gdzieś pomiędzy ciężką pracą, przerażeniem i samotnością zatraciła swoją godność osobistą. Jak się to skończyło? Mąż po raz kolejny zamknął ją w domu dla obłąkanych. Jest 1 września 1927 roku a następnego dnia o sprawie wie już cała Polska.

„Porwanie to nastąpiło około godz. 10 wieczorem – informuje „Kurier Czerwony” – kiedy p. Stryjeńska zajęta była wykańczaniem kartonów autoligrafii  „Tańce polskie”. Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski [jak się okazało – dobry znajomy Karola Stryjeńskiego] w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono.” (Angelika Kuźniak, „Stryjeńska. Diabli nadali”, str. 109-110).

Sąd Powiatowy w Krakowie uznał jednak, że Stryjeńska nie cierpi na żadną chorobę umysłu. Rozwodzi się z Karolem. Dzieci co ciekawe zostają przy nim. Tym samym następuje koniec historii zatytułowanej „Małżeństwo”. Nie była ona bez wpływu na jej artystyczną wrażliwość. Okazała się kolejnym stemplem, który zaważył na jej życiu.

Po rozwodzie ze Stryjeńskim przenosi się do Warszawy. Tam żyje niczym pustelnica zajmując się głównie malowaniem. W 1930 roku otrzymuje Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Zakocha się jeszcze dwa razy. Pierwszy z tych mężczyzn, aktor Artur Socha zostanie jej mężem. Na krótko. Drugi podróżnik i pisarz, Arkady Fiedler – kochankiem. Do nikogo jednak nie poczuje tego co do Karola. Pierwszy mąż pozostanie w jej sercu na zawsze. Stryjeński umrze niespodziewanie w 1932 roku. 

Zofia Stryjeńska, „Żniwiarze”, dar ks. Alojzego F. Nosala dla Miasta Tarnowa, kolekcja w depozycie w Muzeum Okręgowym w Tarnowie, fot. Dariusz Kobylański (źródło: materiały prasowe organizatora). Źródło: http://wydarzenia.o.pl/2015/10/stryjenska-kuzniak-nowicka-wybalansowalam-bwa-tarnow/#/

Zofia Stryjeńska, „Żniwiarze”, dar ks. Alojzego F. Nosala dla Miasta Tarnowa, kolekcja w depozycie w Muzeum Okręgowym w Tarnowie, fot. Dariusz Kobylański (źródło: materiały prasowe organizatora). Źródło: http://wydarzenia.o.pl/2015/10/stryjenska-kuzniak-nowicka-wybalansowalam-bwa-tarnow/#/

PRZYCZYNA NR. 6 – STEMPEL CHAOTYCZNEGO SCHYŁKU ŻYCIA, BIEDY I ŚMIERCI UKOCHANEGO DZIECKA. 

Stryjeńska nigdy nie umiała należycie zadbać o swoje interesy. W późniejszym etapie życia to się pogłębiło. Zarabiali na niej inni. Przez 10 lat była księżniczką polskiego malarstwa. Taki stan jednak nie mógł trwać wiecznie. Gdy nastał kryzys lat 30′ obrazy przestały się sprzedawać. Zofia wikłała się w złe układy. Zamiast zarabiać, traciła. Trwoniła swój wielki talent. Opędzała się od dłużników. Sprzedawała piękne obrazy za bezcen. Nie miała prawie nikogo, kto wsparłby ją na duchu, kto poradziłby w życiowych kłopotach. Karol Stryjeński i Franciszek Lubański nie żyli. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że brakowało jej dobrego menadżera. W końcu podczas wystawy w Instytucie Propagandy Sztuki. Komornik zajął jej obrazy. Sprawa wywołała sensację. Doprowadzona do rozpaczy sprzedała kilka dzieł lichwiarzom. Tym samym po erze hossy przyszedł czas na autentyczny dołek.

Na szczęście była jeszcze młoda i wierzyła, że jej los musi się poprawić. Tak się stało. Nie na długo jednak. W 1938 roku otrzymała parę zleceń z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Brała też udział w dekoracji wnętrz naszych słynnych statków „Batorego” i „Piłsudskiego”. Wykonała dekorację sali w cukierni Wedla. Zrealizowała też scenografię i projekty kostiumów do baletu Korola Szymanowskiego „Harnasie”. Znowu wskoczyła na pierwsze strony gazet a krytycy wyrażali się o niej z uznaniem.

Okres II wojny światowej Stryjeńska spędziła w Krakowie. Malowała, często powielając dawne pomysły. Praca była dla niej ucieczką od koszmaru wojny. Kiedy Armia Czerwona doszła pod wzgórze wawelskie podjęła decyzję o wyjeździe z Polski. Nie chciała żyć w komunistycznym kraju, jednak bardzo bała się zmian. Te, które zaszły w Polsce znowu wyryją głęboką ranę w jej duszy. Większa będzie tylko ta, która powstanie na skutek śmierci ukochanego syna Jacka. Po wkroczeniu Rosjan do Krakowa, Zofia wyjechała ze swojego rodzinnego miasta jednym z ostatnich pociągów. Opuściła Polskę właściwie na zawsze. Jej dalsze życie to ciągła tułaczka i walka o pieniądze. Pozostała na Zachodzie. Mieszkała w Belgii, Francji i Szwajcarii. Z dziećmi kontaktowała się przeważnie za pomocą listów. Wszystkie są bardzo ciepłe i pełne miłości. Wydaje się, że młodzi Stryjeńscy pogodzili się z wizją życia matki i ją rozumieli. Nawet Magda, córka która w pierwszych latach życia niczym kukułcze jajo podrzucana była dziadkom, wybaczyła mamie wcześniejszy brak zainteresowania. Dzieci były z niej dumne. Zabiegały o jej zainteresowanie. Pomagały finansowo. Wszystkie wraz z rodzinami zamieszkały w Szwajcarii. W Genewie.  Zaczęły rodzić się wnuki. Stryjeńska nie była jednak typową babcią, tak samo jak daleko odstawała od standardów typowej mamy. Jak wspominały ją wnuki? Angelika Kuźniak przytacza ich słowa:

Martine, córka Magdaleny Jaques-Dalcroze:

„Była jedyną znaną mi osobą, której poucinane nożyczkami rękawy swetrów w ogóle się nie pruły. Była dziwną babcią. Kimś pomiędzy wróżką a czarownicą. Fascynowała mnie i trochę się jej bałam, nie mogłyśmy ze sobą rozmawiać, bo słabo mówiła po francusku. Pamiętam ją w znoszonych tweedowych kostiumach i w kapeluszu pikadora. Nosiła się z elegancją Coco Chanel. Pozostawała nieuchwytna; mogłam ją oglądać jedynie z daleka. Pamiętam nasze spotkanie w kościele. Byłam mała, chciałam podejść do babci, ale mama mi zabroniła. Babcia nie znosiła, gdy ktoś ją zaczepiał.” (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, str. 322)

Łukasz, syn Jacka Stryjeńskiego:

„Byliśmy sobą wzajemnie onieśmienieli. Ona swoim babcinym strojem, który pasował jej niczym kotu ulewa, a my – tą dziką i nieprzewidywalną babcią, która w swoich zniszczonych kostiumach, podkreślających jej nienaturalną chudość, i anachronicznych kapeluszach wydawała nam się przybyszem z Marsa” (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, str. 323)

Barbara, córka Jana Stryjeńskiego:

„Gdy ją coś dręczyło, znikała na jakiś czas, nikomu nic nie mówiąc. Odnajdywano ją potem w jakimś hotelu w Paryżu czy Brukseli. Jej dzieci wychodziły z siebie z niepokoju, ale ona nie zwracała na to uwagi. W Genewie żyła w ciągłym lęku przed wkroczeniem Rosjan i potwornie bała się duchów” (Angelika Kuźniak, Stryjeńska. Diabli nadali, str. 323)

Była osobą niezwykle ekscentryczną. Miała do tego prawo. Walczyła przez całe życie. I to na czterech frontach: artystycznym, finansowym, miłosnym i macierzyńskim. Jako sławna malarka, pod koniec życia borykała się z biedą i niechęcią zawistnych. Jako artystka musiała pogodzić się z tym, że jej obrazy w Polsce bezczelnie eksploatowano, wydając na pocztówkach ich reprodukcję i nie płacąc jej honorariów. Jako żona mężczyzny, którego kochała do szaleństwa, została dwukrotnie zamknięta w zakładzie dla obłąkanych. Przez niego. Jako matka robiła sobie wyrzuty, że poświęciła dzieci dla sztuki.  Być może ten wyrzut wrócił ze zdwojoną siłą, gdy jedno z tych dzieci zmarło. Jacek Stryjeński odszedł w 1961 roku. Miał 39 lat.Zofia długo nie dopuszczała do siebie tej myśli. Była uparta. Lekarza, mającego po raz kolejny potwierdzić śmierć syna, wzywała jeszcze do kaplicy na chwilę przed pogrzebem. Po tym wydarzeniu została w Genewie. Jednak nie umie już żyć na Zachodzie. Do końca uczuciowo związana jest z ojczyzną i jej kulturą. Polska, jak uważa drugi syn Jan, była jej straconym domem. Domem, który wypalił największe piętno na jej twórczości. Tęskniła za nim do końca swoich dni. Stemple przeszłości zaczęły zbierać swoje żniwo. Nie malowała już tak jak dawniej. Nie chciała. Tworzyła głównie dla pieniędzy. Coraz gorzej. Sprzedawała po kilka razy ten sam obraz. Przed śmiercią zdiagnozowano u niej schizofrenię. Zmarła zna zamkniętym oddziale psychiatrycznym na atak serca. Być może wcześniej całą energię poświęciła na odgrzebywanie przeszłości. Każdego dnia tłocząc rozgrzanym stemplem kolejne wspomnienie. Talent przecież „diabli nadali”. Ten nadany Zofii Lubańskiej jest zdaniem polskiej feministki i pisarki Ireny Krzywickiej pełen „ruchu, żywiołu i ciał spęczniałych od krwi i mleka…”**. Takie obrazy zostają w głowie już na zawsze, podobnie jak sceny z życia ich autorki, będące gotowym materiałem na film.

Zofia Stryjeńska. Harnasie.

Zofia Stryjeńska. Harnasie. Źródło: https://bialczynski.files.wordpress.com/2009/11/zs-harnasie-ml1286.jpg?w=558

***

 

Zofia Stryjeńska

Zofia Stryjeńska

Jan, Zofia i Jacek Stryjeńscy. Źródło: http://www.gloskultury.pl/jak-diabel-w-kropielnicy-angelika-kuzniak-stryjenska-diabli-nadali-recenzja/

Jan, Zofia i Jacek Stryjeńscy. Źródło: http://www.gloskultury.pl/jak-diabel-w-kropielnicy-angelika-kuzniak-stryjenska-diabli-nadali-recenzja/

***

Źródła:

*Angelika Kuźniak, „Stryjeńska. Diabli nadali”, Wydawnictwo Czarne,  2015

**http://www.podkowianskimagazyn.pl/nr44/stryjenska.htm

http://wyborcza.pl/1,75475,19376208,stryjenska-diabli-nadali-ksiazka-o-kolorowym-ptaku-dwudziestolecia.html

https://bialczynski.files.wordpress.com/2009/11/zs-harnasie-ml1286.jpg?w=558

http://wydarzenia.o.pl/2015/10/stryjenska-kuzniak-nowicka-wybalansowalam-bwa-tarnow/#/

http://www.rempex.com.pl/events/187-183-aukcja-dziel-sztuki-i-antykow/lots/20795-taniec-goralski-z-teki-tance-polskie

Zdjęcie główne jest  fot. Zofii Stryjeńskiej z Narodowego Archiwum Cyfrowego (NAC) i pochodzi ze strony: http://culture.pl/pl/artykul/prace-zofii-stryjenskiej-wroca-do-polski

Sprawdź także

1 Komentarz

  • Reply Anna 25 kwietnia 2017 at 15:19

    Może trzeba być trochę szalonym, żeby być prawdziwym artystą? A tego szaleństwa nie chciał zaakceptować mąż? Trudno jest żyć z człowiekiem nieprzewidywalnym. Nie wszystko jednak da się wyleczyć. barwna osobowość i na pewno interesująca, czy jednak ta, w późnym wieku zdiagnozowana schizofrenia nie dawała znać o sobie właśnie w tych, dla czytelnika atrakcyjnych, szaleństwach już we wczesnej młodości? Może rzeczywiście połączenie uładzonego mieszczańskiego życia i wychowania dzieci ze sztuką nie było możliwe? Opowieść Angeliki Kuźniak w sposób bardzo dynamiczny i barwny przedstawia Zofię Stryjeńską, z kart wyziera kobieta pełna uroku, choć zupełnie nieradząca sobie z codziennością, na pewno niełatwa w codziennym życiu, nieumiejąca ustalić hierarchii ważności spraw, które ją otaczały. Brak umiejętności łączenia wychowywania dzieci, utrzymania domu z działalnością artystyczną, nieustanne spontaniczne zachowania, nieracjonalne podróże, zaciąganie długów wynikające z faktu, że nie potrafiła zarządzać własną pracą i ta nieumiejętność powodowała, że swoje dzieła często sprzedawała za bezcen lub w ogóle oddawała darmo? Może gdyby mąż, zamiast usiłować zrobić z niej ładnie malującą gospodynię domową, rzeczywiście stanowił dla niej oparcie, życie obojga ułożyłoby się inaczej?

  • Zostaw komentarz