Rewolucjonistki, Sylwetki Kobiet

Jak żyło się w powojennym Krakowie? Prawdziwa relacja Joanny Olczak-Ronikier

12 stycznia 2016

Z opowieści najstarszych członków mojej rodziny i zdjęć w odcieniu sepii wiedziałam jak wyglądał przedwojenny Kraków. Zupełnie jednak nie zdawałam sobie sprawy z tego jaki był zaraz po wojnie. Nie mówiło się o tym za wiele. Czemu? Zrozumiałam to, po przeczytaniu książki Joanny Olczak-Ronikier „Wtedy”.

Tych co ocaleli cechowała niesamowita chęć wtopienia się w nową rzeczywistość i zapomnienia o tym co było. Spychali okrutnie wspomnienia w najdalsze zakamarki świadomości i podążali ku darowanemu życiu. Niesamowite ale nie rozmawiali o tym co przeżyli. Cierpieli w milczeniu. Głośniej budując swój nowy świat. Jedni byli silniejsi psychicznie inni mniej. Najlepiej do tej nowej rzeczywistości przyzwyczajały się dzieci. Jednak nawet je – we wspominaniu tego co było – cechował pewien rodzaj chłodnych emocji. Skupiały się na tym co będzie i malowały swój świat odzyskaną paletą barw. Tą, którą wojna brutalnie zabrała.

Jedną z nich dostajemy do ręki dzięki Joannie Olczak-Ronikier. Opisuje ona powojenny Kraków i siebie z perspektywy 10 letniej dziewczynki.

***

Obraz, który maluje jest niesamowity. Na pierwszym planie są dwie kobiety. Jej babka i matka. Silne, pełne miłości i przedsiębiorcze. Wspólnymi siłami odbudowują przedwojenne, prężnie działające, rodzinne wydawnictwo i tworzą dom, z którego tak naprawdę autorka nie wyprowadzi się do końca swoich dni. Ten na Krupniczej 22 był schronieniem największych ludzi pióra. Przedwojennej i powojennej literatury polskiej. W tym domu salon Janiny oraz Hanny Mortkowicz to samo centrum literackich wydarzeń. Miejsce, gdzie obok małej Joasi odrabiającej lekcje zasiadał Leopold Staff, Kazimierz Brandys, Konstanty Ildefons Gałczyński albo Tadeusz Różewicz. Przepiękna spuścizna na całe życie. 

 

 

OBRAZ WOJNY

 

 

Przy narodzinach dziewczynki w 1934 roku, jej matka za rzecz oczywistą przyjmowała fakt, że wychowywać się ona będzie w otoczeniu wielkich Twórców współczesnej literatury Polskiej. Podobnie było z nią. Wychowanicą gimnazjum Klementyny z Tańskich Hoffmanowej. Pierwszej kobiety w Polsce, samodzielnie utrzymującej się z pracy twórczej i pedagogicznej. Hanna Mortkowicz-Ronikier nie przypuszczała jednak, że niedługo tak ciężko przyjdzie jej walczyć dla swojego dziecka, o namiastkę takiego wychowania jakie sama odebrała. To dziecko zaś pozna ją tak dobrze dzięki rodzinnej umiejętności przechowywania wszystkiego co ważne. Listu, urzędowego dokumentu, zdjęcia, rachunku, notatki … Słowem wszystkiego.

 

 

„Dzięki rodzinnej korespondencji zgromadzonej w moim archiwum ciągle trafiam na jakiś okruch wspomnień, zagubiony dawno temu, w piasku przesypującego się czasu”

 

 

Matka i babka przyjechały do Krakowa prosto z wojennej tułaczki, która rozpoczęła się w Warszawie. Straciły tam wszystko. Dom, świetnie prosperujące wydawnictwo, które drukowało poezję i prozę najbardziej znanych i poczytnych autorów. W październiku 1940, kiedy niemieckie władze stolicy nakazały Żydom przeprowadzkę do wyznaczonej, specjalnie dla nich dzielnicy mieszkaniowej, kobiety postanowiły poszukać schronienia na podwarszawskiej prowincji. Nie bez trudu, zdobyły „aryjskie papiery” i uciekły ze stolicy. Po dwóch latach pojawili się szantażyści, którzy zagrozili im donosem na gestapo, jeśli nie dostaną pieniędzy. Dostali. Jednak babka, matka i wnuczka musiały uciekać. Po jakimś czasie skorzystały z pomocy Ireny Grabowskiej (później najwierniejszej przyjaciółki) która będąc kurierem „Zagrody” – Oddziału Łączności Zagranicznej Komendy Głównej AK, pomagała ludziom zagrożonym śmiercią. Znalazła schronienie dla babki i matki. Kilkuletnią Joasię ukryła u sióstr niepokalanek. Tak straciły się z oczu na dwa lata …

 

Po zakończeniu wojny Janina i Hanna trafiły do Krakowa. Ta ostatnia dowiedziawszy się, że klasztorny budynek sióstr niepokalanek został spalony przez Niemców zaczęła szukać córeczki po całej Polsce. Nie było jej w żadnym innym ośrodku, gdzie przeniosły się zakonnice. Matka na pewno była załamana, ale nie poddawała się ani na chwilę. Odnalazła córkę u stryjostwa w Siedlcach, gdzie ta trafiła niemal prosto z pierwszej linii frontu. Jak tam dotarła? Otóż przed wybuchem powstania uciekła z pozostałymi dziewczynkami i siostrami zakonnymi w okolice Radzymina, gdzie schroniły się w podmiejskiej willi. Po wybuchu powstania dygotała ze strachu w piwnicach. Z dwóch stron nacierały wrogie armie uzbrojone w tysiąc czołgów. Była w centrum największego starcia pancernego stoczonego w Polsce podczas drugiej wojny światowej. Bitwy pod Radzyminem. Tak opisuje widok jaki ujrzała po wyjściu na powierzchnię:

 

 

„Na szosie dopalał się sowiecki czołg. W ogrodzie umierał młody dowódca katiuszy. Jak się potem okazało poprzedniego dnia Stalin wydał rozkaz zatrzymania ofensywy. Nie chciał by jego wojska udzieliły pomocy walczącej Warszawie”

 

 

Przyszedł czas na dalszą tułaczkę. To na co zwróciłam uwagę podczas czytania tej części książki, to niesamowicie wybiórcza pamięć dziecka. Joasia spała w piwnicach, wlokła się za innymi po zaminowanych polach, patrolowanych przez samoloty, głodowała, chorowała ale najbardziej cierpiała z zupełnie innego powodu.

 

 

„Jedyne co mnie naprawdę dotknęło w tym horrorze, to utrata niebieskiego przedwojennego paltocika, w którym chodziłam przez całą okupację. Dawno z niego wyrosłam,to prawda, ale kojarzył mi się z domem. Kazano mi go zostawić, uważano, że jest zbyt jasny, więc będzie w nocy dobrym celem dla karabinów. (…) Wyszłam z piwnicy w cudzym, za dużym, ciemnym łachu i potykając się o przydługie poły, brnęłam wściekła przez chaszcze i wykroty zrujnowanego przez ostrzał parku w Czarnej”

 

 

Czemu o tym piszę nie skupiając się od razu na powojennym Krakowie? Po to aby pokazać kontrast innego życia. Często od tego lepszego dzieliło go raptem kilka miesięcy. U Joasi to lepsze zaczęło się w momencie kiedy szczęśliwa mama porwała ją w końcu w swoje ramiona. Ona przekreśliła długą rozłąkę. Tak, jak by jej nie było. Wojenne dziecko nie potrafiło tego zrobić. Nigdy nic już nie będzie takie samo, ale nie będzie o tym mówić. Poirytowane, zeskakiwało z jej kolan i tłumaczyło wzruszonej matce, że płacze się tylko w nocy.

 

 

OBRAZ PO WOJNIE

 

 

Jakie było owo pierwsze spotkanie z powojennym Krakowem, który cudownie ocalał z wojennej pożogi? W porównaniu z Warszawą był istnym rajem na ziemi. Przykryty niczym kolorowe zdjęcie w albumie zamgloną bibułką. Jej podniesienie i odsłonięcie całej feeri barw było tylko kwestią czasu. Wielu w to wierzyło. Dziesięcioletnia Joasia, która w czerwcu 1945 roku przyjechała do Krakowa uczepiona dłoni matki, była oczarowana królewskim miastem. Jakże był on inny od poprzednich, szarych miejsc. Tak wspomina tamten Kraków. W niemal sekundę po wojnie.

 

 

„Dworzec, ulice stanowiły wielokolorowy chaos złożony z widoków i melodii (…). Kraków, jak w rodzajowej operze olśniewał pięknem dekoracji. Rynek, kościół Mariacki przypominały ilustracje do czytanych w dzieciństwie opowieści o rycerzach i księżniczkach. Po raz pierwszy w życiu słyszałam hejnał z wieży mariackiej. Tłum osaczał. Do uszu dobiegały wyśpiewywane piano i forte obietnice. Tani nocleg, transport w każde miejsce świata, przewóz towarów różnych , intratna praca, obiady domowe, dolary, złoto, srebro, biżuteria, kartki żywnościowe, kawa, sardynki, meble stylowe (…). Matka głucha na te oferty, szła coraz szybciej, ledwo zdołałam na niej wymusić parę kolorowych kulek włoskich lodów (…) krakowskiej firmy Galateria Italiana.

Dzięki tym lodom pogodziłam się z rolą dziecka. Planty w rozkwicie czerwcowej pogody namawiały do zabawy w berka i w klasy. Wzywały uliczne wózki z gazowaną, szczypiącą wodą, zaopatrzone w długie, cylindryczne pojemniki z jadowicie kolorowymi sokami (…). Cudem wydawała się cukrowa wata. Wojenne przejścia nie uwrażliwiły mnie na cudze nieszczęścia. W tłumie mijanych ludzi nie widziałam uchodźców, bezdomnych, nędzarzy, oświęcimiaków w pasiakach (…). Kraków wydał mi się miejscem z piernikowej bajki”

 

 

RAMY DOMU PRZY KRUPNICZEJ 22

 

 

Chatką z piernika stała się dla Joanny na długie lata kamienica przy Krupniczej 22, która przed wojną należała do adwokata Adolfa Liebeskinda. Znajdowały się tu wtedy lokale do wynajęcia. Krewni Adolfa mieli swoje praktyki. W jednym doktor Liebeskindowa leczyła swoich małych pacjentów. W innym doktor Salo Liebeskind rozpoznawał choroby kobiece. Na parterze znajdowały się sklepy i kawiarenka słynąca z przepysznych kremówek. Sam właściciel mieszkał z rodziną przy ulicy Sarego. W czasie wojny żydowskie firmy i nieruchomości przejął niemiecki zarząd powierniczy. Krupniczą 22 Niemcy zarekwirowali i przerobili na hotel dla pracowników urzędu naftowego. Podzielono lokale na osobne hotelowe numery. Rosjanie po wkroczeniu do Krakowa umieścili w opuszczonym budynku oddział wojska. Dzięki szybkim staraniom kilku osób, między inymi młodego pisarza Tadeusza Kwiatkowskiego, dom jako mienie pożydowskie przejęty został  na siedzibę oddziału krakowskiego Związku Zawodowego Literatów Polskich. Tak powstał azyl dla bezdomnych pisarzy z całej Polski.

 

 

Życie tutaj było wyjątkowe. Inne i szczególne. Autorka wspomina, że w murach owej kamienicy „nie respektowano jakichkolwiek granic między prywatnością a światem zewnętrznym”. Porównuje życie na wszystkich piętrach domu do sztuki teatralnej, która od rana do wieczora toczyła się na oczach widzów. Jak sama podkreśla publiczność była wyborowa. Różewiczowie, Gałczyńscy, Kottowie, Brandysowie, Szaniawski, Kisielewscy. Dziesięcioletnia dziewczynka musiała przejść szybki kurs literatury polskiej by zorientować się kim są ludzie mijani na korytarzu. Jak wspomina po latach – czuła się tak jakby mieszkała wśród Bogów. Na górze Olimp. 

 

 

NOWA RZECZYWISTOŚĆ

 

 

Nie była to jedyna zmiana. Wokół przeobrażała się Polska. Przedwojenny, europejski klimat koronkowej, miejskiej kultury i cywilizacji, przekształcał się w siermiężną Polskę Ludową. O równość w narodzie walczyli tam Ci, którzy starali się jak najszybciej i jednocześnie mało dyskretnie, biec po więcej. Próbowano wprawdzie odzyskać dawny świat. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego powołał Biuro Odszkodowań Wojennych. Prowadziło ono rejestracje strat poniesionych przez państwo, samorządy, osoby fizyczne. Ludzie na nowo rozdrapywali rany ale utraconej kiedyś rzeczywistości nie odzyskali nigdy. 

 

 

Reaktywacja wydawnictwa przez matkę i babkę Joasi wiązała się z wielkim poświęceniem ale również z walką. Przeszkody rzucała im pod nogi nowa władza. Cenzura, przydział na papier, rywalizacja z socjalistycznymi placówkami, które coraz śmielej i głośniej sławiły wielkość rosyjskiego brata. Największym wrogiem był „Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk” oraz „Ministerstwo Informacji i Propagandy” przekształcone później w „Centralne Biuro Gospodarki Papierem” a jeszcze później w „Ministerstwo Kultury”. To ono dysponowało całymi zasobami papieru. Starano się z tym walczyć. Znajomi obu Pań Mortkowicz stworzyli podziemną Komisję Porozumiewawczą Księgarstwa Polskiego, która miała opracowywać plany powojennej działalności. Potem przekształcono ją w Związek Księgarzy Polskich, którzy starali się przekonać nowe władze, że leży im na sercu dobro polskiego czytelnika a nie własne interesy. O to walczyły również babka i matka Joasi. Zaczęły wydawać utwory do których miały jeszcze prawa sprzed wojny. Norwida, Żeromskiego, Dąbrowską, Struga, Korczaka, Staffa, Tuwima i wielu innych. Centrum tego literackiego życia, umów, niezliczonej korespondencji i spotkań stał się ogromny stół w salonie. Mieścił się w pokoju, gdzie żyły wszystkie trzy. Babcia, mama i wnuczka. Jedynie raz w tygodniu zamieniał się on w salę koncertową. Znajomi przychodzili do nich na tzw. „środy szopenowskie”. Z radia płynęła wtedy przepiękna muzyka, która przenosząc wszystkich w ciepłą i miękką przeszłość na chwilę odrywała ich od tego darowanego ale niedopasowanego życia. 

 

 

POWOJENNY RYSUNEK WESOŁEJ CODZIENNOŚCI

 

 

Co pamiętała z tych wizyt Joasia? Podobno niewiele. Miała swój własny kolorowy, dziecięcy świat. Nowych znajomych i Kraków, który cały wydawał jej się kopalnią pełną skarbów do odkrycia. Wybiegała z pokoiku na Krupniczej i przemierzała całe miasto z przyjaciółmi na piechotę, tramwajem albo na wrotkach. Z głośnym śmiechem, bez strachu i z ogromną ciekawością. To była próba odnalezienia dzieciństwa z bezwzględnym pragnieniem posiadania wszystkiego co barwne. Teraz, od razu, natychmiast. Jeździli na Błonia, gdzie znajdowało się głośne i kolorowe wesołe miasteczko, na welodrom, który mieścił się w miejscu dawnego hotelu Cracovia. Z łyżwami zawieszonymi na ramionach biegali na lodowisko do  nie zlikwidowanego jeszcze przez komunistów – Towarzystwa Gimnastycznego Sokół przy ul. Piłsudskiego. Cudem była dla nich fabryczka lodów z szyldem ” Lody włoskie. Luigi Olivio” mieszcząca się przy Czystej 5. Były to ogromne porcje kolorowej masy wetknięte między dwa okrągłe wafle, a nie jak zwykle w andrutowy rożek. Dla dzieci z całego Krakowa obowiązkowy punt pielgrzymek a sam właściciel stał się dla wielu lodowym władcą albo cesarzem. Joanna bywała na pierwszych spektaklach Teatru Groteska, który ulokował się w dawnej bursie dla młodzieży rękodzielniczej i przemysłowej. Przed wojną Zygmunt Nowakowski w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” pisał o bursie tak:

 

 

„Drugiej takiej bursy nie ma u nas nigdzie… To warto wiedzieć. To jest pałac młodych rzemieślników i niech nikt nie pyskuje, nie urąga na ten „luksus”, twierdząc, ze natryski, że umywalnie, że sala teatralna dla stolarzy, ślusarzy itd. to zbytek i zgorszenie, że się tym chłopcom poprzewraca w głowie. Nieprawda! Trzeba iść tam i zobaczyć, jak dzieci rosną na ludzi. Jak się o nie dba. To jest piękna rzecz! Przepiękna! Chodziłem po tych salach dumny, że to właśnie w Krakowie.”

 

 

Budynek nie zdążył spełnić swojej roli. W czasie wojny mieścił się tam szpital PCK dla jeńców wojennych. Potem Niemcy umieścili w pałacu swoje biura i urzędy. W 1945 roku budynek wrócił do jezuitów a Władysław Jarema wynajął od nich salę teatralną. Po wojnie Joanna Olczak-Ronikier wspomina:

 

 

„To (…) Cząstka historii mojego powojennego życia. Najpierw bywałam tam z matką i babką, potem z córką, potem z wnuczką. Ostatnio moja córka zaprowadziła tam swojego wnuka – Szymona. Tyle wspomnień! Tyle wspaniałych przedstawień dla dzieci i dla dorosłych!”

 

 

Pierwszym po wojnie spektaklem, który odsłonił przed dziewczynką magię teatru był „Cyrk Tarabumba”. Był to cyrk kukiełkowy ze wszystkimi misternie odtworzonymi atrybutami. „Tresowane foki, słonie, dzikie rumaki galopujące po scenie, klauni, akrobaci na trapezach, żonglerzy”. 

 

 

„Do dzisiaj mam poczucie, że znalazłam wtedy zagubioną ścieżkę do raju, tajemne przejście, które w rzeczywistości prowadzi w inny świat”- wspomina autorka

 

 

W dawnym Krakowie Joasia odkryła jeszcze jedno magiczne miejsce, które z racji swojej niedostępności jawiło się jej niczym własna Narnia. Ogród Mehoffera. Zdziczały i bezpański teren graniczył z wewnętrzną oficyną na Krupniczej murkiem, sztachetą i rzędem topoli. Razem z przyjacielem z dzieciństwa Walusiem Baderem a potem z przyjaciółką Kirą Gałczyńską niejednokrotnie bywała tam nieproszona. Nie chcieli kraść owoców ani zrywać przykrytych chwastami kwiatów. Intrygowała ich przygoda podszyta strachem. „Ktoś tam jednak stróżował, krzyczał, straszył psami.”. Oczyma wyobraźni widzę ich jak przepychają głowę przez sztachety. Widzę jak skaczą i gonią się pomiędzy pięknymi niegdyś klombami, słyszę śmiech a potem gwizd i ujadanie psa. Nie przeraża ich to. Piszczą i rzucają się do ucieczki. Czasem przełażą nad ogrodzeniem nie zważając na ostre szpikulce parkanu. Niszczą cudem zdobyte ubrania. Matki załamują ręce ale cóż to jest w obliczu tego co kiedyś. 

 

 

Po wojnie syn zmarłego poety Zbigniew Mehoffer, wywalczył od władz mieszkanie w dawnym domu. Resztę lokali zajęli przypadkowi mieszkańcy. Pan Zbigniew udręczony wizytą nieproszonych gości w dawnym ogrodzie ojca, postanowił otworzyć tam w porozumieniu z zarządem Związku Literatów, kawiarnię pod nazwą „Egeria”. Był to jeden z najmodniejszych wtedy lokali w Krakowie. Dźwięczała muzyka, wieczorem nastrojowo świeciły lampy. Niektórzy szukali tu zapewne dawno blednącego klimatu sprzed wojny. 

 

 

NA GRUZACH DAWNEJ EGZYSTENCJI

 

 

Joasia ten klimat najdotkliwiej odczuła na innych gruzach powojennego świata. We wsi Nagłowice, gdzie jeździła z babką na wakacje. Znajdował się tam pałac i stary dwór. Kiedyś (wraz z 270 hektarami ziem) należący do księcia Michała Karola Radziwiłła. Po wojnie przejęty przez władzę Polski Ludowej na mocy dekretu o reformie rolnej. Tadeusz Kwiatkowski ówczesny sekretarz krakowskiego Związku Literatów wyprosił u władz stary dwór dla pisarzy. Joanna Olczak – Ronikier pisze, że mimowolnie stała się beneficjentką przestępstwa popełnionego przez ówczesne władze. To tam jednak odkryła dawny blask życia powojennej arystokracji. Nie urzekły jej tak bardzo wyrwane ze ścian szafy biblioteczne, dziury po marmurowych kominkach, wyblakłe prostokąty na ścianach będące pozostałościami po pięknych zegarach, lustrach i obrazach. Najbardziej zapamiętała coś zupełnie innego. Któregoś dnia w poszukiwaniu zapomnianych książek zajrzały z babką na strych. Leżały tam tony zakurzonych skarbów; dziewiętnastowieczne kolorowe pisma, księgi kancelaryjne, safianowe teczki z dokumentami, pożółkłe fotografie, pocztówki, listy. Co najmocniej przykuło uwagę dziesięcioletniej dziewczynki? Posłuchajmy”

 

 

„Olśnieniem stały się wielobarwne motyle, które wyfrunęły z którejś teki – małe koperty i złożone na pół stronniczki, zapisane starannym, dziecięcym pismem. Dziś nie ma już takich delikatnych kolorów jak tamte. Lawendowy, bladoniebieski, cytrynowy, seledynowy, herbaciany, lilaróż. Na cieniusieńkich, jedwabistych arkuszach papieru listowego dla dzieci, produkowanego na zamówienie w najlepszych firmach świata, widniały znaki wodne: herby oraz inicjały właściciela. W tło wtopione były widoczki miast: Paryż, Berlin, Wiedeń, Londyn. Czasem sceny rodzajowe jak z holenderskich kafelków, girlandy z kwiatów, obrazki bajek La Fontaine’a. W życiu nie widziałam nic równie pięknego.

Arkusiki poliniowano w sposób ledwo widoczny, by umożliwić dziecięcym korespondentom równiutkie pisanie. Dziś w dobie komputerów, mało kto pamięta jakim to było wyzwaniem. (…) Tamte dzieci były mistrzami kaligrafii. A w dodatku pisały w różnych językach: „Teuere Tante! Liebe Cousine! Dearste Aunt!” zaczynały. Potem – jak tłumaczyła mi babka – pytały bliskich o zdrowie, donosiły, że same czują się dobrze, zapewniały, że czas spędzają zajmująco, tęsknią, cieszą się na spotkanie. Łączyły ucałowania, ukłony, wyrazy przywiązania. Podpisywały się znowu egzotycznie: „Ton… Ta… Votre… Deine… Your…”

Co to były za czarodziejskie istoty? Małe księżniczki? Mali książęta? Myślałam, że istnieją tylko w bajkach Andersena? Żyli naprawdę? Dowodem były listy.

– Popatrz jak ładnie pisali. A byli pewnie w Twoim wieku – mówiła z dydaktyczną intencją moja babka – Widzisz jak dobrze znali obce języki?

Gdzie się podziały te bajkowe postacie? Co się z nimi stało? Musiałam zadawać setki pytań, ale nie pamiętam odpowiedzi. Babka nie miała żadnych znajomości w arystokratycznych kręgach, ani przed wojną w Warszawie ani po wojnie w Krakowie. Granice pochodzeniowe były wtedy rzadko przekraczane.”

 

 

Czy babka Joanny mogła jednak mieć do niej jakiekolwiek pretensje, skoro często konwersowała z wnuczką po francusku i nierzadko po angielsku? Raczej nie. To również był element tamtego powojennego dzieciństwa. Z wielu dawnych przyzwyczajeń babka nigdy nie zrezygnowała. Do ich maleńkiego pokoiku znosiła, zakupione na krakowskich targach biedrmeierowskie meble, sycylijskie, porcelanowe figurki, empirowe wazony albo kobaltowe wazy.

 

 

POWOJENNY KONTRAST I PYTANIA O MIEJSCE NA ZIEMI

 

 

Ich egzystencja jednak znacząco różniła się od tej jaką mieli w udziale krewni, którzy przed wojną uciekli do Stanów. Dzięki korespondencji babki z matką, która w latach 50-ych udała się do nich w odwiedziny, Joanna poznała tamten świat. To był niesamowity kontrast. Szokował i ustawiał automatycznie przybysza z Polski w roli nędzarza. „Amerykańska rodzina była zamożna i chętnie demonstrowała bogactwo by pokazać swoje zwycięstwo nad losem”. Gościli matkę Joasi w najelegantszych hotelach, zabierali do najdroższych restauracji, obsypywali ją podarunkami i pieniędzmi. Czuła się jak w środku amerykańskiego filmu. Jednocześnie wzmagało się w jej sercu silne poczucie utraty gdy obserwowała w nowojorskich księgarniach książki, które wydawała równie pięknie przed wojną w ich rodzinnym wydawnictwie na Mazowieckiej w Warszawie. Ciężko jej było również prowadzić rozmowy z amerykańską rodziną, która nie rozumiała dlaczego chce wracać „do zniewolonego kraju, gdzie władzę sprawują zbrodniarze. Gdzie nie ma szans na godną egzystencję”. Dodatkowo ciągle uczestniczyła w rozmowach dotyczących żydowskiej tożsamości. Nie rozumieli czemu Hanna Mortkowicz uważa się za Polkę. Byli pewni, że „zagłada raz na zawsze rozwiązała problem. Żyd, który ocalał, ma obowiązek być Żydem. Co więcej nie powinien również mieszkać tam, gdzie bez sprzeciwu społeczeństwa wydarzyła się taka zbrodnia i gdzie mnożą się dalej antysemickie ekscesy.”

 

 

„U mnie w domu – wspomina Joanna – formułowana była inna teza: tożsamość jest sprawą wyboru, naszym wyborem jest polskość, naszym miejscem – kraj, naszym obowiązkiem pomoc w jego odbudowie. Brzmi to patetycznie, ale taki był czas. Dziś można w miarę spokojnie rozpatrywać rację obu stron. Wtedy były to dramatyczne rozmowy”.

 

Z tego dramatyzmu jeszcze przez wiele lat nie zdawała sobie sprawy. Była szczęśliwa w swojej malutkiej, żeńskiej rodzinie. Otoczonej koryfeuszami pióra. Biorącymi razem z jej najbliższymi udział w wielkiej sztuce życia, której nie zdławiło komunistyczne państwo. Może właśnie dlatego stają się przykładem i wzorem dla następnych pokoleń. Dziesięcioletnia Joasia mimowolnie i nierzadko krnąbrnie bierze udział w tych zmaganiach. Po latach dzięki pożółkłym kartkom, całej masy niezwykłych listów mamy i babci, odkrywa ich nieprawdopodobny hart ducha. Wdycha zapach powojennego Krakowa i poznaje lepiej siebie. Dziewczynkę, której groza niedawnych wydarzeń zamyka usta, która nie rozpamiętuje strat i skupia się na urzekających kolorach, zapachach i smakach pierwszych powojennych lat życia. Kraków jawił jej się wtedy niczym różowa wata cukrowa trzymana w dłoni silnej mamy, stojącej na końcu pełnej gruzów ulicy. Był obietnicą nowego życia. Życia, którego kwintesencją będzie moc przedsiębiorczości, polskości i nigdy nie zapomnianych wartości. W ich centrum znalazły się oczywiście rodzina, tradycja, honor i wiara, że miejsce na ziemi jest tylko jedno. Polska. 

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz