/* /* Cofnij się w czasie i poznaj czar świątecznych dni z początku XX wieku we Lwowie - TresciwaTresciwa
Kobiece treści

Cofnij się w czasie i poznaj czar świątecznych dni z początku XX wieku we Lwowie

23 grudnia 2015

Święta Bożego Narodzenia dla wielu naszych rodaków są najpiękniejsze i najbardziej polskie ze wszystkich świąt. Nie wymyślono ich wprawdzie u nas, ale historia tych ziem przyczyniła się do tego, iż te święta w Polsce smakują i smakowały tak różnorodnie. Inaczej nad morzem. Inaczej w Krakowie. I jeszcze inaczej na kresach. W czasach gdy Lwów był jeszcze nasz.  To właśnie o świętach z tamtych czasów i z tamtych ziem będzie ten post. Wyłoni się ze wspomnień mojej rodziny. Babci i wuja.

Tych dni, ani takich świąt już nie ma. Dlatego czasem warto wsłuchać się w echo minionych czasów, i przekonać się, że jedno nigdy nie powinno się zmieniać. Szczęśliwa rodzina przy świątecznym stole. Nie powinno! Jednak wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie wszędzie tak jest. Chciałabym aby pora Bożego Narodzenia przyniosła poszkodowanym, zrezygnowanym, bezwolnym ale również złośliwym, bezwzględnym i chciwym pewną niezwykłą odmianę. To przecież pełen życzliwości okres, podczas którego wszyscy bez wyjątku możemy czuć się naprawdę kochani. W te kilka dni poddajemy się uczuciu wszechobecnego optymizmu. Czasem wypełnionego wspomnieniami, spokojem i sentymentem, a innym razem pełnego gorączkowych chwil. W konsekwencji jednak te dni właśnie pokazują w jakim momencie życia jesteśmy. Powinniśmy walczyć o ten najlepszy. 

***

W życiu każdy z nas pragnie wyjątkowych, niecodziennych i osobliwych emocji. Nawet jeśli czasem twierdzi inaczej. Z reguły oczekujemy, że ważne dla nas chwile  przeżyjemy z właściwym dla nas nastrojem. Niestety, często bywamy rozczarowani. Jaka jest recepta na ten magiczny i niezapomniany wigilijny wieczór? Otóż składają się na nią rzeczy stare jak świat: miłość, optymizm i tradycja. Ta ostatnia silnie obecna była w starych, mieszczańskich i szlacheckich rodzinach. Wielu z dawnych wigilijnych obyczajów, celebrowanych w tamtych domach już się nie praktykuje. Jednak na zawsze pozostaną one w pamięci ówczesnych bożonarodzeniowych biesiadników. 

ŚWIĄTECZNY PRZEDWOJENNY LWÓW

Zawsze z zainteresowaniem słuchałam wspomnień mojej babci Stefanii i jej brata, wuja Eugeniusza Baczyńskiego. Dotyczyły również świąt Bożego Narodzenia obchodzonych przed wielu laty w ich rodzinnym domu we Lwowie.

Wtedy te niecodzienne dni, tak jak i dzisiaj, były oczekiwane przede wszystkim przez dzieci. Tymczasem wspomnienia wuja były, tym bardziej kolorowe, że wtedy był jeszcze małym chłopcem. Mawiał, że atmosfera zbliżających się świąt Bożego Narodzenia odczuwalna była już od dnia Świętego Marcina. .

To właśnie wtedy pojawiał się we Lwowie pierwszy śnieg. To z tego powodu zrodziło się popularne wówczas przysłowie:

Święty Marcin przyjechał na białym koniu.

Niedługo potem nadchodził czas na pełne wróżb „Andrzejki”, a potem adwent. Był to okres pełen radości oraz powagi w oczekiwaniu na te jedyne w swoim rodzaju święta.

W pełni odczuwało się atmosferę zbliżającego się Bożego Narodzenia 6 grudnia, kiedy pojawiał się Święty Mikołaj. Wkrótce nadchodziło Boże Narodzenie – kulminacyjny punkt adwentu. W tym okresie we Lwowie wszystko pokryte już było grubymi czapami śniegu a temperatura spadała nierzadko do minus 20 stopni C. A bywało i mroźniej. W wielu punktach śródmieścia stały kolorowe choinki, migocące wielobarwnymi żaróweczkami. We wszystkich delikatesowych sklepach (Skowrona, Lintnera, Teliczkowej, Nowaka i wielu, wielu innych) wisiały zające, bażanty, kuropatwy i dziczyzna. Z witryn sklepów cukierniczych nęciły przechodniów bloki chałwy greckiej i przeróżne kolorowe smakołyki z marcepanu.

LWOWSKI ŚWIĄTECZNY DOM

Wreszcie nadszedł od dawna wyczekiwany dzień Wigilii. Od rana (tak jak i przez cały poprzedni dzień) pościło się. Jadło się śledzie marynowane w oleju lub w śmietanie oraz piklingi, szproty, sardynki z bryndzą, grysik na wodzie, sery i postną zupę. Piło się również herbatę. Poza tym nie jadło się nic. Choć przypuszczam, że i te potrawy trzeba było spożywać z umiarem, aby nie zapchać żołądka przed wigilijną kolacją. Wtedy straciłaby ona połowę swojego uroku. Z samego rana w dzień Wigilii ubierało się też drzewko (we Lwowie tak nazywano choinkę). Wuj Eugeniusz wspominał, że w ich rodzinnym domu przywilej ubierania trzymetrowego świerka przypadał przeważnie najstarszemu a więc dziadkowi Marianowi oraz jemu i innym dzieciom. Wszystko pod ustawicznym nadzorem i dyktandem babci Heli. Drzewko uosabiało rajskie drzewo życia, symbolizowało też dostatek i bogactwo.

Całość przygotowywań wigilijnych koncentrowała się w kuchni, gdzie królowała oczywiście babcia Hela i prababcia Maria. Piekło się tam pierniki, ćwibaki, makowce, serniki, ciasta drożdżowe, placki oraz strudle, które były specjalnością prababci Marii. Nikt tak jak ona nie umiał wyciągać ciasta – w które zawijane były odpowiednio przygotowane jabłka – na cienką bibułkę.

Po południu dziadek Marian z czeladnikiem przystrajał pomieszczenie kuchenne do wigilijnej wieczerzy, którą urządzano w wielkiej kuchni. Dlaczego tam? Jak wspomina wuj:

– Zdaniem dziadków najłatwiej było ją przybliżyć do pierwowzoru szopki-stajenki. 

Podłogę przykrywano więc grubą warstwą świeżej, pachnącej i złocistej słomy. Przy wschodniej ścianie ustawiano chochoła, którym był snopek zboża symbolizujący urodzaj.

Pod sufitem wieszano pęk gałązek jemioły. Nie można było zapomnieć również o gramofonie, płytach z kolędami i kantyczkach. Stół był nakrywany śnieżnobiałym adamaszkowym obrusem, pod którym na całej powierzchni rozkładano świeże siano. W nim umieszczano obrazek Świętej Rodziny. Na stole układało się szopkę, talerzyk z białej porcelany pełen święconych pszenicznych opłatków, które zwykle smarowano miodem. Miało to zapewnić dostatek. Za szopką ustawiano dwa lichtarze z dopasowanymi białymi świecami.

– Nigdy nie zapomnę – wspomina wuj – jak jako dzieci biegaliśmy do okien popatrzeć, czy już ukazała się pierwsza gwiazdka. Gdy zabłysła na niebie wszyscy klękaliśmy na sianie przed szopką i zmawialiśmy modlitwę. Potem łamaliśmy się opłatkiem i życzyliśmy sobie wszystkiego co najlepsze, aż wreszcie rozpoczęła się wytęskniona i wyczekiwana uczta wigilijna składająca się z dwunastu potraw…

Dania wigilijne były takie same jak co roku. Smakowały wybornie. Najpierw przynoszono talerze z czystym barszczem, grzybowymi uszkami oraz talerze z zupą grzybową i kluseczkami kładzionymi. Następnie pojawiały się pierogi z zemniakami i serem, pierogi ze słodkim serem i rodzynkami, pierogi z suszonymi śliwkami, pierogi ze słodką kapustą i pierogi z kapustą kiszoną i grzybami. Potem podawane były dania rybne, a więc karp w galarecie, karp na słodko po żydowsku i karp smażony. 

– Wtedy obowiązywała cisza, bo przy rybach nie wolno było mówić – wspomina wuj.

Jako dodatek do potraw podawano sałatkę jarzynową, ćwikłę, chrzan, ogórki kiszone, kompot ze śliwek suszonych i jabłek. Pito również białe, mszalne wino i herbatę. Pod koniec przynoszono ulubiony deser wszystkich dzieciaków- kutię oraz najprzeróżniejsze ciasta. W międzyczasie częstowano orzechami, pomarańczami i innymi owocami.

Przez cały czas trwania wigilii z płyt gramofonowych rozbrziewały kolędy. Śpiewano kantyczki, rozmawiano, żartowano oraz wróżono sobie „z przymrużeniem oka”. Na przykład długość życia z szybkości i różnicy spalania świec na lichtarzach. Młodzi wróżyli sobie jak szybko przyjdzie im zmienić stan cywilny – ciągnąc źdźbła siana podczas uroczystej wieczerzy. Zielone oznaczało szybkie zamążpójście lub ożenek, zwiędłe dłuższe oczekiwanie a żółte – staropanieństwo.

Boże Narodzenie to chyba jedyne święto, w którym – przynajmniej w Polsce – uczestniczą też zwierzęta. To one karmione tradycyjnie resztkami ze świątecznej wieczerzy lub opłatkiem, mają w ten wieczór przemówić ludzkim głosem. Wuj Eugeniusz do dziś pamięta jak to pod koniec wigilijnej kolacji dziadek Marian wychodził podzielić się opłatkiem z ich końmi oraz psami: Lordem i Cezarem.

Kiedy uroczysty wieczór dobiegał końca wszyscy siedzieli w salonie przy ogromnym i bajecznie kolorowym drzewku oraz przy wesoło trzeszczącym kominku popijając ciepłą czekoladę, słuchając ciekawych opowieści dziadków oraz gawędząc o tym i owym.

MAGIA BOŻEGO NARODZENIA

Boże Narodzenie to święto, które nie tylko kiedyś otaczała aura magii, tajemniczości, pojednania i radości. Te kilka grudniowych dni to jedyny czas w roku, kiedy cichną spory, ludzie z westchnieniem ulgi zapominają o niecierpiących zwłoki sprawach i poddają się trudnemu do wytłumaczenia optymizmowi. Wyczarowanemu przez bajkowy nastrój świat. Boże Narodzenie było jest i będzie. Ono łagodzi obyczaje, dzięki niemu stajemy się inni, lepsi, życzliwsi. Być może dlatego nigdy nie zanikło w naszej kulturze. Nawet w obliczu najcięższych chwil. Dlaczego? Wigilia i reszta uroczystych dni najbardziej wzruszająca i najmilsza jest na łonie rodziny. Powodem jest owa wewnętrzna potrzeba miłości, której dawanie i przyjmowanie w tym okresie jest najpiękniejsze, bowiem to chyba najbardziej rodzinne święta. Ciepło rodzinnego klimatu tak potrzebne wielu rodzinom, a tak przez wielu zapomniane, jest w tym okresie najmocniej akcentowane. Jednym słowem to piękne święta i piękna tradycja, którą należy dalej niezmiennie pielęgnować.

Tego szczerze życzę każdemu, kto właśnie czyta te słowa!

***

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz