Kobiece treści, Kultura, We dwoje

Ciemno prawie noc nad Wałbrzychem. Joanna Bator bez upiększeń.

1 marca 2015

Nie zawsze podobały mi się książki, które zdobyły nagrodę literacką NIKE. Oczywiście nie znam wszystkich i być może na mój osąd wpływ ma fakt, że nie pokochałam twórczości Olgi Tokarczuk (2008, powieść „Bieguni”) i wyjątkowo nie mogę przebrnąć przez książki Doroty Masłowskiej (2006, powieść „Paw królowej”). Dodatkowo, jeszcze na studiach postanowiłam pogłębić swoją znajomość wartościowej prozy kupując laureatkę nagrody NIKE o bardzo wymownie brzmiącym tytule „Gnój”. Utknęłam w połowie. Załamałam się i doszłam do wniosku, że jestem literacko płytka!

***

Być może dla mnie wychowanej „pod kloszem” książka Kuczoka była światem, którego nie znałam i nigdy nie chciałam poznać. Dom bez miłości i bezpieczeństwa gdzie dla dziecka pejcz to kolejny członek rodziny… Ciągłe wyzwiska i wszechobecny, obezwładniający dziecięcy strach w mrokach PRL-u gdzieś na Śląsku. Rzeczywistość nie do przetrawienia dla mnie… Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba nie znam się na literaturze skoro nie potrafię zrozumieć takiej wyjątkowo drastycznej wyobraźni. Następne lata tylko mnie zniechęciły i zrezygnowałam ze zgłębiania się w kolejne stronice książek polskich pisarzy. Tych piszących realistycznie, twardo, brutalnie. Powiedziałam sobie „Trudno, jestem prostą czytelniczką i wychuchaną córeczką z domu pachnącego miłością i świątecznym ciastem, która wieczorami w swoim pokoju lubi czytać kryminały Charlotte Link i Camille Lackberg, powieści historyczne Philippe Gregory, baśniowo historyczne książki Carlosa Ruiza Zafona oraz biografie wybitnych kobiet. Jestem zatem jedną z tysięcy.” Aż do teraz. Co się zmieniło?

Najpierw zaintrygował mnie tytuł książki: „Ciemno, prawie noc”, potem sama jej autorka o włosach zakręconych jak moje. Opis zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam ją przeczytać. Wielowątkowa, wyrafinowana konstrukcja zdarzeń z przestrzenią wystylizowaną na horror. Razem z Alicją Bator, dziennikarką chcącą napisać artykuł o tajemniczych zaginięciach malutkich dzieci wjechałam do krainy gdzie noce są najczarniejsze, „zima przychodzi już w listopadzie” a „lodowaty deszcz pada z taką zaciekłością, że wydaje się nierealny niczym filmowa scenografia”.

Alicji Bator udaje się nie tylko rozwiązać kryminalną zagadkę tajemniczych zaginięć kilkuletnich dzieci. Poznaje przy okazji straszną tajemnicę swojej rodziny. Bator opisuje wszystko bez upiększeń. Pisze tak, że czytając niejednokrotnie zakrywałam usta dłonią, nie dowierzając, że widzę to co czytam. Tak naprawdę do teraz jeszcze znajduję się w mrocznym, pełnym podziemnych labiryntów Wałbrzychu, nad którym góruje niemy ale majestatyczny zamek Książ, gdzie zgodnie z legendą ukryty został skarb Hitlera. Jeszcze teraz czuję tą wszechogarniającą mieszkańców Wałbrzycha frustrację, demoniczne moce i posmoleński horror. Jakiś krytyk literacki porównał tą książkę do prozy Zafona. Nie zgadzam się, ale bezsprzecznie wciągnęła mnie ona prawie tak samo jak Cmentarzysko Zaginionych Książek. Z tą różnicą, że teraz znajdowałam się w naszym odrapanym pozostałościami szarego komunizmu Wałbrzychu a nie w otulonej szarą rzeczywistością powojennej Barcelonie.

Po raz pierwszy od czasów mojej fascynacji Kapuścińskim, chciałabym poznać polskiego pisarza… Na razie zacznę od jej kolejnych książek. Tymczasem zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy skoro dojrzałam do takich publikacji to może niedługo naprawdę dojrzeje do prawdziwego pisania i odsłonie świat, gdzie jednocześnie zamieszkają wałbrzyskie demony Bator, baśniowe mary Zafona, kryminalne zagadki Link, miłość do rodzinnych stron Lackberg oraz ubrane w ozdobne suknie intrygi Gregory.

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz