Kobiece treści, Podróże, Z dzieckiem

Sposób na weekend poza Trójmiastem – Ustka!

9 marca 2015

Rano powitała nas piękna pogoda, która potem postanowiła pokazać swe kapryśne oblicze i rozpłakać się na dobre pomiędzy Orłowem, gdzie na mapie wpięłam maleńką flagę z napisem START a METĄ, gdzie dotarliśmy 120 km dalej. Dawna osada rybacka o nazwie USTKA powitała nas już w strugach deszczu. Pod hotel dojechaliśmy w średnich humorach, ale mieliśmy nadzieję, że Grand Hotel Lubicz i jego otoczenie zrekompensują nam słabą pogodę.

***

Wyskoczyliśmy z samochodu przed biało-szklanym hotelem i po obowiązkowej „odprawie” pognaliśmy na kolacje. My byliśmy głodni. Hubi mniej. Postanowił pospacerować sobie pomiędzy srebrnymi podgrzewaczami ustawionymi równiusieńko w dwóch rzędach na cateringowych stołach. Chodząc pomiędzy nimi miałam wrażenie, że moja głowa przeniosła się na chwilę do gabinetu krzywych zwierciadeł.

Pierwszy posiłek mnie rozczarował. Być może byłam zbyt zmęczona aby należycie się nim delektować. Dodatkowo nie pozwalał mi na to Hubi, który nie chciał absolutnie nic jeść. Ja natomiast uważałam, że musi. No cóż nie musiał! Chciał tylko pić i tu minusem okazał się brak plastikowych kubeczków dla małych dzieci. Szklanki do soków i wody były bardzo cienkie. Obsługa jednak zareagowała błyskawicznie i już po chwili Hubik dostał fantastyczny czerwony kubek w samochody. Pił z niego do końca wyjazdu.

Marzyłam o tym aby udać się do pokoju, ale na próżno. Na trasie recepcja-pokój moje dziecko odkryło kolorową krainę zabaw. Tunele, siatki, mosty, zjeżdżalnie, kolorowe piłki. Wszystko w przestronnym pokoju od podłogi do sufitu. Dzieci skakały tam jak małe małpki. Pewnie dlatego podobne do tego miejsca nazywa się dżunglą albo Małpim Gajem. Po godzinie takiego szaleństwa aby go stamtąd wyciągnąć sama musiałam na chwilę zamienić się w orangutanicę.

Gdy w końcu dotarliśmy do pokoju okazało się, że nie ma w nim łóżeczka, mimo iż było zamawiane. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że Hubi będzie spał na rozkładanej kanapie. Ależ był zadowolony! Taki awans społeczny! Z tego podekscytowania zasnął dopiero o 23.00. My zdążyliśmy jeszcze się rozpakować i przy nie pamiętam jakim filmie zasnęliśmy.
 

Mocno morski spacer po Ustce z historią w tle.

Nazajutrz o 6.15 obudził nas głośny wrzask „KUKURYKU!”. Dlaczego tak jest, że akurat nam trafił się aż taki poranny skowronek? Odkąd pamiętam nie potrzebował więcej niż 10 godzin snu na dobę. Wypiłam szybką kawę, zrobiłam jogurcik z płatkami, włączyłam bajkę i zaczęłam kontemplować pokój. Był naprawdę ładny. W eleganckich, stonowanych brązowo-szarych kolorach. Ciekawa meblościanka wyglądem przypominająca ulubione meble w czasach art deco. Znalazło się przy niej lustro i miejsce na czajnik, zestaw herbat, kawę i cukier. Poniżej lodówka. Nad ogromnym łóżkiem wisiał ciekawy podłużny obraz przedstawiający samotny konar drzewa na plaży a na przeciwległej ścianie niewielki telewizor. W pokoju było jeszcze miejsce na wygodny kącik wypoczynkowy (kanapa, stolik kawiarniany i dwa krzesła) oraz na toaletkę. Całość sprawiała całkiem przyjemne i sprzyjające wypoczynkowi wrażenie. Pozostał jeszcze widok z okna. Niestety nie udało nam się dostać pokoju, z którego moglibyśmy oglądać morze ale widok na drzewa, niebo pełne ciężkich jak na razie chmur i latające gdzieniegdzie mewy rekompensował wszystko.

Około 9.00 zebraliśmy się na śniadanie. Wcześniej poszliśmy jeszcze poszukać sali zabaw, która znajdowała się na 4 piętrze, i która podobno była jeszcze większa niż dżungla na parterze hotelu, Faktycznie. Hubi po raz kolejny wpadł w typową dla siebie dziecięcą ekstazę. Nie wiedział czy najpierw wsiąść na plastikowy motor, zanurkować w plastikowym domu, czy przyrządzić na plastikowym grillu maleńkie plastikowe steki. W końcu zdecydował się zrobić wszystko na raz. W sali znajdują się stoliki, krzesełka, mnóstwo najprzeróżniejszych zabawek. Na ścianach wiszą obrazki wykonane dziecięcymi rączkami. Potem przeczytałam, że działa tam klub malucha, gdzie rodzice od 15.00 do 19.00 mogą zostawić swoje pociechy i udać się na basen, spa albo do kręgielni. Grand Hotel Lubicz oferuje całkiem sporo możliwości dla całej niemal rodziny. Dziecko w sali zabaw albo w dżungli, mama w spa na jednym z wielu masaży, zabiegów upiększających albo relaksujących, tata na kręgielni, w jednym z kilku barów albo na squashu a babcia z dziadkiem w grocie solnej. Żyć nie umierać.  

Nie skorzystaliśmy z opcji zostawienia naszej pociechy pod czujnym okiem hotelowych nianiek, ale tylko dlatego, że byliśmy tu za krótko i za wiele mieliśmy wspólnych planów.

Po śniadaniu, całkiem smacznym zresztą, wzięliśmy naszego malucha pod pachę i w pakiecie z rowerkiem biegowym oraz kaskiem porwaliśmy go na długi spacer po ustiańskiej promenadzie. Był szczęśliwy. Podobnie jak my, bo pogoda zaczęła się do nas uśmiechać słońcem i mniejszym wiatrem. Śmigał, tak że momentami trudno było go dogonić (Hubi, nie wiatr).

Dlaczego nie zeszliśmy do bunkrów? Ty idź i nie tłumacz się tak jak ja.

Na samym końcu promenady znajduje się ruchoma kładka, która prowadzi między innymi do Bunkrów Bluchera. To pochodzący ze Słubska felmarszałek, którego nazwiskiem nazwano nie tylko bunkier ale i baterię budowaną przez Niemców na przełomie 1938 i 1939 roku. Złożoną z czterech dział baterię zaczęto budować na wydmie przy porcie. Posiadała działobitnie, długie korytarze, stanowisko dowodzenia, sypialnie na 40 osób, ubikacje, stanowiska ogniowe, Sam amunicyjny bunkier miał cztery działa, które mogły wystrzeliwać pociski o wadze 20 kilogramów na odległość 17 kilometrów. Działa na wyobraźnie! Szczególnie jeśli spojrzy się na morski horyzont i wyobrazi sobie tam szare okręty wojenne w czasach II wojny światowej. Żałuję, że nie przeprawiliśmy się kładką na drugą stronę aby cofnąć się na chwilę o 76 lat i znaleźć się w ciasnych i ciemnych korytarzach opuszczonego bunkra. Dla historii. Powrót kładką był jednak możliwy dopiero za godzinę a samo zwiedzanie również zajęło by zbyt dużo czasu. Byliśmy głodni i wiedzieliśmy, że jeszcze tu wrócimy. Zawróciliśmy robiąc koło w kierunku przeuroczego portu, którego geneza sięga aż IX wieku.

Jedliśmy po to aby zapamiętać.

Wracając do hotelu wstąpiliśmy do polecanej nam przez znajomych restauracji „Dym na wodzie”. Jej właściciel Rafał Niewiarowski staje się właśnie kulinarnym celebrytą biorąc udział w czwartej edycji programu Top Chef. Nie dlatego jednak tu przyszliśmy. Wiedziałam, że restauracja nie posiada stałej karty menu oznacza to, że co jakiś czas komponowane są tu nowe i sezonowe dania. Szyldu prawie nie ma, wystrój nie powala ale widok z okna rekompensuje wszystko. Zamówiłam łososia w aksamitnym pure z ziemniaków na kisielu z wiśni. Zaintrygowało mnie to połączenie, obawiałam się go ale sposób podania, kompozycja a wreszcie smak mnie zachwycił. Robert również był zauroczony. Sama nie wiem kiedy jego schab na boczku z dodatkiem zapiekanych pieczarek zniknął z talerza. O daniu Hubika napiszę tylko tyle, że przed konsumpcją siedział przy stole majdał nogami i powtarzał jak najęty „frytki”, „frytki”, „frytki!!!”. Nie zwrócił nawet uwagi na kelnera, który uprzejmie nas poinformował, że „Dym na wodzie” szczyci się tym, iż frytek nie uznaje… Nie było ich zatem na talerzu mojego synka. Pojawiły się za to przepyszne, młode, opiekane ziemniaczki, surówka z marchwi na soku z pomarańczy oraz pierwszorzędny filet z dorsza. Wszystko podane na telerzu, który kształtem przypominał głowę Myszki Miki. Nie musiałam go karmić, przekonywać ani prosić aby jadł. Po 15 minutach talerz był pusty. Byłam tak rozochocona, że postanowiliśmy zamówić jeszcze deser. Suflet czekoladowy na ciepło z kremem z krówek i owocami. Pycha! Misją restauracji, którą można przeczytać na pierwszej stronie karty menu jest:
Jedz po to by pamiętać

pamiętaj po to by się dzielić

dziel się tym co jadłeś

jedz tworzoną miłość.

Nasze wodne szaleństwa i mojego męża natryski doznań.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o kolorowy plac zabaw położony przy nadmorskiej promenadzie. Nie na długo jednak ponieważ w planach mieliśmy szaleństwa w hotelowym aqua parku. W pokoju przebraliśmy się w białe puszyste szlafroki i zeszliśmy na dół. Niestety zapomniałam klapek dla siebie i Hubcia, ale jakoś sobie poradziliśmy. Musiałam go mocno trzymać aby się nie przewrócił. Baseny w Grand Hotel Lubicz są ogromne. Jest tam sportowy basen 4 torowy, basen rekreacyjny ze zjeżdżalnią, sztuczną rzeką oraz podwodnymi leżakami wodno-powietrznymi. Trzy wanny 12 osobowe z hydromasażem i oczywiście basen dla dzieci z cieplejszą wodą. Na dnie ma on narysowaną ogromną i uśmiechnięta ośmiornicę, która Hubciowi bardzo się spodobała. Dla dzieci jest tu wszystko; pomarańczowe rękawki, kolorowe koła do pływania. Do wyboru do koloru. Najpierw pluskaliśmy się w basenie dla maluchów a potem porwałam Hubika na rozległy basen dla dorosłych. Moje dziecko, które kiedyś panicznie bało się dużej ilości wody było zachwycone. Szczególnie rwącą wodą i bąbelkami. Skoczyliśmy nawet pod grzybkowy wodospad co nie zakończyło się jak zwykle płaczem. Na koniec na zmianę z Robertem wskoczyliśmy do zjeżdżalni, której wlot był jedno piętro nad poziomem basenów a wylot zaraz obok basenu rekreacyjnego. Mówiąc prawdę po raz pierwszy korzystałam z tak zakrytej zjeżdżalni. W środku wraz z nabieraniem prędkości pojawiały się różnokolorowe światła. Wrażliwszym może zakręcić się w głowie. Mnie niemal wypłukało szkła kontaktowe z oczu. Zgodnie z wcześniejszą umową z moim mężem, na podstawie której ja jutro idę do spa a on dzisiaj do centrum wellness, po 2 godzinach udałam się z Hubciem do pokoju a Robert postanowił skorzystać z atrakcji centrum, w skład którego wchodzi sauna fińska, łaźnia parowa, łaźnia ziołowa, sauna IR, kubły z zimną wodą, dla odmiany podgrzewane leżaki i UWAGA natryski doznań. Zanim wrócił do pokoju Hubi już spał…
 

Dzień Kobiet w SPA, Kraina Bajek w Dolinie Charlotty i Festiwal Legend Rocka w planach.

 Następnego dnia w Dzień Kobiet przed odjazdem dzięki moim kochanym mężczyznom ja udałam się Centrum SPA. Najpierw wszyscy poszliśmy do groty solnej, gdzie rozłożywszy sobie leżak pod sztucznymi gwiazdami niemal od razu zasnęłam a Hubi bawił się w soli z zostawionymi tu dla takich maluchów łopatką, grabkami i wiaderkiem. Potem poszłam się dalej relaksować. Najpierw na masaż tkanek głębokich a następnie manicure i pedicure. Gdy wróciłam do pokoju byliśmy już spakowani i mogliśmy wyruszać w drogę powrotną. Wyjechaliśmy koło 13.00. Stosunkowo wcześnie ale to nie miał być koniec atrakcji.

Podczas codziennej zabawy Hubcia w dżungli poznaliśmy starsze małżeństwo, które przyjechało do hotelu ze swoją wnuczką (dziadków z wnukami jest tu co niemiara). Powiedzieli nam, że w pobliskiej Dolinie Charlotty, gdzie chcieliśmy się wybrać już dawno, poza bajecznymi widokami jest Kraina Bajek i najprawdziwsze ZOO.

Dotarliśmy na miejsce koło 15.00. Spotkaliśmy Czerwonego Kapturka i Strasznego Wilka, – którego Hubi naprawdę się przestraszył, Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków, Calineczkę, Kota w butach, Jasia i Małgosię, Pinokia oraz Rybaka i Złotą Rybkę. Każda z postaci ma swój dom, gdzie można posłuchać całej historii.

Z Krainą Bajek sąsiaduje ZOO Charlotta. Kabibary, zebry, antylopy, daniele, potężne żubry, wielbłądy, gnu, kangury, lamy ary, emu, puchacze, orły i wiele innych zwierząt mogą się tu cieszyć prawie nieskrępowaną wolnością na przestronnych wybiegach. Oglądać je można z licznych ścieżek, wysokich platform oraz z poziomu jeziora. Część zwierząt umieszczona jest bowiem na wyspach. Są to tematyczne wysepki o nazwach Afryka, Ameryka Płd. Australia, które mija się podczas rejsu łodzią. Rejs ukoronowany zostaje zacumowaniem na wyspie lemurów, gdzie zamieszkuje Król Julian i jego wesoła banda. Niestety z Wodnego ZOO Safari nie udało nam się skorzystać. Czynne jest jedynie w miesiącach letnich. Widzieliśmy jednak wysepki i nie trudno sobie wyobrazić jak pięknie musi tu być latem skoro wczesna wiosna tutaj tak zachwyca. Nie dotarliśmy również do największego w Polsce fokarium gdzie dzięki specjalnym szybom można oglądać foki pod wodą. Minęliśmy park linowy i niemal musnęliśmy przepiękną stadninę koni. Znowu gonił nas czas. Trzeba było jeszcze coś zjeść a potem udać się w długą podróż do domu.

Zjeść poszliśmy do położonego nad Jeziorem Zamęłowskim głównego, stylowego hotelu. Ciekawostką jest fakt iż znajdują się tu między innymi 4 apartamenty nazwane imionami gwiazd Festiwalu Legend Rocka, który odbywa się w Dolinie co roku. Są to: Ian Gillian, Carlos Santana, Alice Cooper i Bonnie Tyler. Wszyscy byli tu osobiście.

W restauracji zdecydowaliśmy się na szwedzki stół, gdzie za przyzwoitą opłatą mieliśmy do wyboru do koloru dwie zupy, kilka drugich dań oraz deserów. Wszytko ciepłe i pyszne. Do gustu nie przypadła mi tylko kawa, którą zamówiłam po obiedzie. Kiedy siedzieliśmy z pełnymi brzuchami po konsumpcji a Hubcio znalazł kolejnych już w ten weekend towarzyszy zabawy w kąciku malucha – zdecydowaliśmy się, że jeśli tylko pozwolą nam na to finanse, przyjedziemy tu ze znajomymi. Najlepiej na Festiwal Gwiazd Rocka, podczas którego 3 lipca br. zagra zespół ZZ Top a 4 lipca (w moje urodziny) ponownie Carlos Santana. Zatrzymamy się albo w domku na drzewie (z widokiem na wybieg bobrów) albo w Rybaczówce, gdzie znajdują się trzy stylowe pokoje, przytulny salon z kominkiem oraz dwa duże tarasy położone niemal na wodzie jeziora. Będąc tutaj nie mogłabym sobie również odmówić wizyty w hotelowym spa Bali Hali rodem z bogatej tradycji wysp Indonezji.

Trudno było kończyć ten weekend. Trudno wrócić do rzeczywistości. Tym bardziej, że na co dzień brakuje takiej ferii barw i smaków. Pocieszeniem dla nas jest to, że dopiero zaczynamy naszą historię w odkrywanie nowych miejsc, gdzie weekendowe przygody dotyczyć będą nie tylko nas ale również naszego synka. Dzięki tym doznaniom świat jest piękny. Również ten codzienny.

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz