/* /* Wielkanoc w mieście, którego już nie ma. - TresciwaTresciwa
Kobiece treści, Kultura, W domu

Wielkanoc w mieście, którego już nie ma.

24 marca 2016

Świat się zmienia. Ludzie się alienują. Nie żyjemy tak stadnie jak kiedyś i mamy zbyt wiele złych informacji. Smartfony, telewizja, laptopy, komputery sprawiają, że żyjemy szybciej i pobieżniej. Sama w tym tkwię po uszy, więc nie będę zbytnio krytykować. Prawda jest jednak taka, że kiedyś żyło się spokojniej i prościej. Tak sądzę i mam to szczęście, że w mojej rodzinie był człowiek spisujący jej dzieje. To była pasja Eugeniusza Baczyńskiego. Jego i mojej babci, Stefanii.

Idą święta Wielkiej Nocy. Z tej okazji postanowiłam przeczytać o tym jak celebrowano je we Lwowie na początku wieku. Pierwsza myśl; „Boże jacy oni wszyscy byli religijni!”. Druga: „Jak stadnie i zgodnie żyli?”. Każdy miał swoją miejsce w tym szeregu i nikomu nie przyszło do głowy, aby z tym walczyć. Zasady, wartości, miłość, życzliwość, szacunek, rodzina, honor, tradycja i kościół. Te cechy były fundamentem tamtego życia. Dla ludzi z tamtego świata. Dzisiaj już go nie ma. Szczególnie podejście do roli kościoła jest inne niż kiedyś. Dawniej był on towarzyszem niemal w każdej dziedzinie rozwoju. Tak było niemal we wszystkich domach. We wszystkich warstwach społecznych. Co ciekawe, kościelne budynki były wypełnione po brzegi a wiara nie była passe. 

O tym jak piękna była symbioza lwowskich tradycji i kościoła uświadomiły mi wielkanocne wspomnienia z początku XX wieku we Lwowie. 

Moja babcia zawsze mawiała, że kiedy zbliżają się Święta Wielkanocne jej myśli zawsze uciekają do Lwowa z okresu dzieciństwa. Dla niej to zawsze był okres pięknej wiosny. Pełnej kwitnących kwiatów, zieleni i bijących dzwonów. W parkach rosły krokusy i pierwiosnki. W domach na stołach pełno było pachnących narcyzów, hiacyntów i jasnych żonkili. A na ulicach widać było tłumy ludzi zmierzających do kościoła. 

NASTROJOWE I RODZINNE PRZYGOTOWANIA DO ŚWIĄT

Lwów3

Sprzedaż kwiatów i gałązek wierzbowych na Rynku. Koło ratusza można było sprzedawać wyłącznie kwiaty, owoce, warzywa i nabiał. Autor: Wydawnictwo RM. Zdjęcie z książki „Przedwojenny Lwów. Najpiękniejsze fotografie” Żanny Słoniowska. Źródło: http://nowahistoria.interia.pl

W jej rodzinie nastrój Świąt Wielkanocnych zapowiadał już koniec karnawału. Potem był Tłusty Czwartek, podczas którego do późnych godzin wieczornych smażono faworki i pączki nadziewane konfiturą z róży. Następnie nadchodziła Środa Popielcowa, która rozpoczynała Wielki Post. Trwał 40 dni, aż do Wielkiej Nocy. Na trzy tygodnie przed Świętami rozpoczynano bardzo pracowity okres. Domownicy tradycyjnie kupowali nową odzież wiosenną (nowe półbuty, meszty, trencze itd.). Służba oddawała do pralni Rotter letnie płaszcze. Robiła generalne porządki domowe. Sprzątano, lakierowano, pastowano i froterowano podłogi. Czyszczono również do połysku wszystkie mosiężne okucia. Nie wolno było pominąć żadnych szyldzików ani klamek przy drzwiach. Sprawdzano paleniska i piekarnik. Trzepano dywany oraz chodniki. Wietrzono pościele i myto okna. W międzyczasie w kuchni pod dowództwem mojej prababci Heli, marynowano szynkę i znoszono coraz to nowe świąteczne wiktuały. Były tam wielkie ilości mąki, cukru, przypraw, bakalii, jaj, buraków na ćwikłę i barwników do skorupek. 

Na dwa tygodnie przed świętami siało się do doniczek owies i rzeżuchę. Trochę później rozpoczynał się coroczny rytuał pisania kartek świątecznych do rodziny i przyjaciół. Kaligrafowali je dorośli i dzieci. Wuj wspomina, że szczególną atmosferę tego okresu dopełniały śpiewy wielkopostne podczas normalnych zajęć domowych. Zawsze żartował, że z powołaniem minęła się jego mama, a moja prababcia Hela. Miała bowiem piękny i wysoki głos. To był radosny okres. Już do końca życia kojarzył mu się z radosnym nastrojem oczekiwania, zielenią i wiosennym słonecznym dniem. 

Podczas takich dni wuj z moją babcią biegali również po sklepach z rodzicami. Zawsze mieli nadzieję, że wśród innych sprawunków, uda im się uprosić zakup pistoletów na korki.

W takiej atmosferze nadchodziła Niedziela Palmowa. Od samego rana na dziedzińcach kościelnych i wzdłuż ulic prowadzonych do kościołów stały stragany z pięknymi kompozycjami palmowymi na sprzedaż. Prowadzili ją harcerze, ministranci i towarzystwa społeczno-katolickie. 

WIELKI TYDZIEŃ

Lwów2

Źródło: https://premieralwowska.wordpress.com/fotografie-starego-lwowa-2/

W Wielkim Tygodniu nastrój świąteczny był w szczytowej fazie. Czyściło się srebra i platery, kupowało śledzie, sardynki i bryndzę w drewnianych cebrzykach. W firmie Dietmar, istniejącej przy placu Mariackim jeszcze od czasów austro-węgierskich, kupowało się knoty i szkiełka do ogromnej, secesyjnej lampy naftowej, zwisającej z sufitu nad stołem w jadalni. Podczas tego całego zamieszania moja praprababcia Maria (najstarsza z całej familii Baczyńskich) łapała przy każdej okazji swoje wnuki i ściągała do swojego salonu w innej części domu. Gdy upolowała jakiegoś małego delikwenta, siadała wygodnie w fotelu i kazała sobie czytać Ewangelię. 

Wielki Czwartek mijał pod znakiem pieczenia ciast. Z kuchni dobiegał słodki zapach serników, placków, makowców i lukrowanych bab drożdżowych z napisem „Wesołego Alleluja”. Docierał niemal na wszystkie piętra, obiecując dzieciom, że święta będą już za momencik, już za chwileczkę.

Po południu w Wielki Piątek rozpoczynało się misterium „Bożych Grobów”. Cały Lwów, całymi rodzinami wędrował od kościoła do kościoła, aby się pomodlić, podziwiać wystrój, odgadnąć ideę artystycznej koncepcji. Ludzie wymieniali poglądy na temat pomysłowości ujęcia tematu, dekoracji i zawartej w nich myśli twórczej. Przy Bożych Grobach straż pełnili harcerze, wojsko, straż pożarna i akademicy. Wuj Eugeniusz wspomina, że sam sprawował taką wartę niejednokrotnie w kościele OO. Dominikanów. To był zaszczyt. Pozostałe rodzeństwo odwiedzało groby w towarzystwie swojej mamy Heli. Ona spotykała znajomych, chwaliła się dziećmi. Zagadywała panie, które kwestowały na cele dobroczynne, każdej położyła coś na tacę. Nie ominęła również żadnego żebraka przed kościołem, który otrzymywał od niej monetę. 

W Wielką Sobotę, podobnie jak dnia poprzedniego całą rodzinę Baczyńskich obowiązywał ścisły post. Jedzono śledzie, pieczone ziemniaki w łupinach, kiszoną kapustę z oliwą i pito herbatę. Jak w wielu domach ten dzień był zawsze związany ze starożytnym zwyczajem święcenia jajek, które od samego rana znosiło się, razem z pozostałą żywnością, do salonu najstarszego członka rodziny, czyli praprababci Marii. Wszystkie synowe, nie bez rywalizacji, ustawiały swoje zdobycze i specjały piętrowo na stolikach oraz komodzie przykrytej śnieżnobiałym obrusem. W tym miejscu przedstawię słowa wuja. Wiem, że pisząc je cofał się w czasie do saloniku swojej babci Marii…:

” (…) obok naczynia z wodą święconą i kropidłem – ustawiało się talerzyki z kolorowymi pisankami, baranka z chorągiewką i talerzyki z jajkiem do święcenia, przybrane bukszpanem. Wyżej ustawiony był półmisek ze wspaniałą szynką gotowaną, pięknie uwędzoną. Obok leżały piętki kiełbas i proste grube batony kiełbasy polędwicowej, żywieckiej, krakowskiej. Stały tam doskonale wyrośnięte baby lukrowane z napisem „Wesołych Świąt, „Wesołego Alleluja”, strucle makowców, serniki, placki i strudel.

Babcia Maria odświętnie ubrana, wraz z domownikami, oczekiwała przybycia księdza proboszcza. Nastrój był uroczysty a chodnik od furtki w bramie do drzwi domu wysypany był białym piaseczkiem.

My dzieci wyczekiwaliśmy przyjazdu księdza przed domem, biegając co chwilę do babci z nowymi informacjami.„Ksiądz jest dwie kamienice dalej. Właśnie przybył do sąsiada. Zaraz będzie. Jadą!”.Nasz proboszcz parafii św. Marcina, Prałat, Kanonik Katedralny, Ksiądz Edmund Kiernik (brat znanego polityka), przyjeżdżał do nas każdego roku z dwoma ministrantami – czarną karetą zaprzężoną w dwa białe konie. 

Babcia zaalarmowana przez nas, osobiście wychodziła przed dom aby powitać księdza i wprowadzić go do swojego salonu. Ten rozsiadał się wygodnie w fotelu, pytał o rodzinę, wnuki, o udział w życiu kościoła, a następnie uroczyście święcił wszystkie potrawy”

To jednak nie koniec kościelnych spotkań. Tego dnia cała rodzina Baczyńskich szła jeszcze na rezurekcję. Kościół był wypełniony po brzegi. Tonął w kwiatach i rozbrzmiewał dźwiękami wygrywanymi przez wojskowe orkiestry dęte. Towarzyszyły im wystrzały armatnie i karabinowe. Huk był okropny. Słychać go było aż do rana. Baczyńscy wracali jednak do domu. Czekał ich miły wieczór przed kominkiem i zasłużony odpoczynek. Tego wieczora nie tylko dzieci nie mogły się doczekać jutrzejszego dnia.

DAWNE SMAKI LWOWSKIEJ WIELKANOCY

Ul. Akademicka we Lwowie

Ul. Akademicka we Lwowie 1925 rok. Źródło: http://lwowskie.fotopolska.eu/523412,foto.html?o=u168285&p=2

Pierwszy Dzień Świąt Wielkanocnych wszyscy domownicy rozpoczynali w głównym salonie od zabielanej kawy z ciastem drożdżowym. Następnie wszyscy odświętnie ubrani ponownie udawali się do kościoła na tak zwaną dziewiątówkę. Po powrocie, w salonie Marii Baczyńskiej odbywało się uroczyste śniadanie. Stół pysznił się przeróżnymi wędlinami, ciastami, sałatkami i napojami. Pośrodku stał Baranek Wielkanocny, jaśniały kolorowo pisanki, a na oddzielnym talerzyku, otoczonym widelczykami leżały na święcone ćwiartki, jajka. Praprababcia brała talerz i podawała je kolejno synom, synowym, wnukom i służbie. To śniadanie było radosne a równocześnie pełne spokoju.

Po południu w głównej części domu odbywał się uroczysty obiad, na który zapraszana była babcia Maria. Podawano gęsi, nadziewane farszem kaczki pieczone, panierowane kurczaki albo pieczeń na dziko z włoskim makaronem. 

Podczas drugiego dnia świąt, wszystkie dzieci najwięcej frajdy miały ze śmigusa dyngusa. Wyobrażam sobie jak moja babcia z braćmi zaopatruje się w myszki gumowe, wodę kolońską, strzykawki i butelki. Rodzice obrywali już wcześnie rano. Potem odbywała się tradycyjna gonitwa za dziewczętami. Wiem od wuja, że instalowali w szparze bramy wjazdowej – dużą strzykawkę (do natryskiwania szynek solanką) wypełnioną wodą i uruchamiali tłok, gdy w na ulicy pojawiały się znajome. Zabawa trwała do południa. Potem na Łyczakowską przed porą obiadu zjeżdżały się powozy z gośćmi. Ci przybywali przez cały dzień. Najbliższa rodzina już na śniadanie. Po obiedzie, zostawali na kolacji.

W tym miejscu ponownie oddam pałeczkę pełną słów wujowi, który wspomina ten dzień, jako wielką kulinarną ucztę trwającą od rana do wieczora. Ktoś, kto ma taką pamięć do detali, pozostał z nimi na zawsze.

„Na śniadanie w dużym pokoju stół nakryty był pięknym, adamaszkowym i białym obrusem w stylizowane wianuszki, przyozdobionym gałązkami bukszpanu i mirtu. W kilku miejscach stołu rozstawione były bukiety kwiatów z palemką. Stół był obszerny, dębowy, solidny, kwadratowy i rozkładany na długi prostokąt. Stały na nim srebrne, prostokątne tace i okrągłe półmiski o cyzelowanych brzegach, Leżały tam pięknie ułożone i udekorowane wędliny: była szynka różowa z tłuszczykiem cieniutko pokrojona, kiełbasa polędwicowa, żywiecka, krakowska, ogromne płaty salami paryskiego, polędwica sopocka, cielęcina pieczona, cienka kiełbasa polska w plasterkach, pasztetowa, salceson włoski, wędzonka, schab pieczony, baleron, kabanosy i pasztet zajęczy domowej roboty.

Półmiski i tace były dekorowane zieloną sałatą i jarmużem. Między tacami ustawione były biało-kremowe koszyczki z ozdobnej ceramiki pełne chleba kulikowskiego, stały tam również naczyńka z masłem, musztardą kremską i sarepską, salaterki z ćwikłami, chrzanem, ogórkami kiszonymi, sosem tatarskim i włoską sałatką jarzynową. Ponad tym wszystkim unosiły się dzbany z napojami i karafki z domowymi nalewkami (wiśniówka, pomarańczówka, cytrynówka). Tradycyjna nalewka z wiśni czerwieniła się jak rubin w kryształowej karafce w kabłąkowej oprawie ze srebra. Obok na małych półmiseczkach nęciły śledziki w oleju i śmietanie, a na talerzyku ser trapistów. W centralnym miejscu stołu, pośrodku stała drożdżowa baba lukrowana, a obok pięknie wędzona szynka, przybrana goździkami i bukszpanem oraz Baranek Wielkanocny w zielonym owsie. Były tam jeszcze jajka święcone pokrojone na ćwiartki otoczone smukłymi, dwuzębnymi widelczykami z kości. Na śniadanie podawano również gorące parówki cielęce z surowym tartym chrzanem.

Przed obiadem (na który zapraszano około 15.00) dookoła stołu, przy każdym gościu – ustawione było nakrycie z pięknej porcelany ze srebrnymi sztuczcami, kieliszkiem na wódkę, wino oraz szklanki do piwa z bardzo cienkiego szkła, ozdobionego wygrawerowanym wianuszkiem z kwiatów. Całości dopełniała starannie złożona serweta z tkaniny.

W drugim pokoju pod ścianą, umocowana była 25 litrowa beczułka jasnego piwa eksportowanego browaru lwowskiego, okocimskiego lub Haberbuscha. Obok stał 15 litrowy syfon z ciemnym piwem słodowym. 

Pierwszym daniem, które wędrowało na stół był najczęściej złocisty, klarowny rosół, barwny w marchewkę, pietruszkę, kapustę włoską z wijącym się, cieniutkim makaronem domowej roboty. Na drugie danie serwowano nadziewany drób pieczony, pieczeń cielęcą o zapachu czosnkowym, pieczeń wołową naszpikowaną słoninką, wołową pieczeń na dziko z makaronem włoskim i wybornym sosem. Do potraw mięsnych podawało się ziemniaczki, puree z masełkiem, groszek z marchewką, sałatkę z czerwonej kapusty z fasolką, talarkami ziemniaków, obręczami cebuli i tartym jabłkiem. Obowiązkowo wnoszono również kompot z jabłek i śliwek suszonych z płatkami cytryny. Nalano go do ogromnej kompotiery z jasnego kryształowego szkła na trzech nóżkach. W kompotierze tkwiła gruba łyżka z jasnego ciosanego szkła do porcjowania napoju. Takie same, tylko miniaturowe, kompotierki stawiano przy każdym nakryciu. 

Po obiedzie wnoszono na wysokich platerowych paterach i tacach najprzeróżniejsze ciasta i tort. Podawano herbatę z sokiem i cytryną lub kawę ze śmietanką. Wówczas na środku stołu królowała owalna, kolorowa cukiernica z majoliki, zamykana na zameczek, a kryjąca w swoim wnętrzu kształtne kostki cukru chodorowskiego.”

Nie trudno wyobrazić sobie jak gwarno było podczas tego przyjęcia. Wszyscy komentowali wydarzenia rodzinne, opowiadali sobie o przygodach w czasie podróży. Dyskutowano o interesach a od czasu do czasu rozbrzmiewała pieśń wielkanocna, która unosiła się wysoko nad ulicą Łyczakowską. Podobne dźwięki rozbrzmiewały nad polskimi ulicami dawnego Lwowa. Miasta, którego już nie ma.

Lwów1

Źródło: https://premieralwowska.wordpress.com/fotografie-starego-lwowa-2/#jp-carousel-154

***

 

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz