Kobiece treści, Rewolucjonistki, Sylwetki Kobiet

Kim była polska Karen Blixen z białowieskiej puszczy?

18 stycznia 2016
Simona Kossak i kruk. Fot. Lech Wilczek

W Krakowie w pięknym dworze pełnym tajemnic i duchów przodków, mieszkała kiedyś mała dziewczynka. Najbardziej ze wszystkiego na świecie kochała ogród, który go otaczał. Był dla niej odpowiedzią na wszystkie tajemnice świata, schronieniem i dziecięcą krainą zabaw. Jednak im była starsza, tym mniej było czasu na odwiedziny w ogrodzie.

Dziewczynka coraz bardziej dusiła się w wielkim mieście i we własnym rodzinnym domu. Czuła się samotna, bo inna niż wszyscy.

Któregoś dnia spakowała swoją walizkę i pojechała szukać znacznie większego ogrodu, od tego, który otaczał jej dom.

Szukała go długo.

Kiedy jednak dotarła do Puszczy Białowieskiej wiedziała, że oto odnalazła. Została Królową Puszczy. Zwierzęta ją kochały a ludzie szanowali. Rządziła tam ponad 30 lat. Była szczęśliwa i nigdy już nie czuła się samotna.

Gdy zaczęłam czytać biografię tej dziewczynki, jej historia przypomniała mi życie dwóch innych, wielkich kobiet. Jedną z nich, wielu z Was poznało dzięki książce „Pożegnanie z Afryką”, drugą znacie pewnie z filmu „Elza z afrykańskiego buszu”. Chodzi oczywiście o Karen Blixen i Joy Adamson.  

Myślę, że nakręcenie filmu na podstawie życia Simony Kossak, które tak wspaniale opisała  Anna Kamińska, powinno być tylko kwestią czasu…

***

Zaczynałam czytać bez przekonania. Kobieta, która odwróciła się plecami od rodziny, Krakowa i wybrała życie w puszczy? Jak to tak? Przeprowadzić się z miasta, które tyle jej dało i wybrać życie w miejscu, które nie daje nic?

Tymczasem do Puszczy Białowieskiej Simona pobiegła niemal bez oglądania się za siebie. Chciała zapomnieć o przeszłości aby zbudować przyszłość. Swoją własną!

Czytając rozumiałam ją coraz bardziej. Przewracając kolejne kartki zobaczyłam delikatną kobietę, którą życie zmusiło do ciężkiej walki. Nie tylko o swoje. 

Dzisiaj o Puszczy Białowieskiej znów jest głośno. Ministerstwo Środowiska i Lasy Państwowe twierdzą, że zagraża jej kornik. Niszczy kolejne drzewa, które zdaniem ministerstwa i leśników trzeba wyciąć aby uratować kolejne. Liczba tych zaplanowanych do wycięcia: 400 tys.

Zieloni twierdzą, że to kłamstwo. Tłumaczą, że kornik jest naturalną częścią ekosystemu a puszczy zagraża jedynie człowiek. Sprawą zainteresowała się Unia Europejska, ponieważ to co dzieje się w puszczy, podlega również prawu międzynarodowemu.

Po której stronie stanęła by Simona? To jasne. Po stronie przyrody. Być może szła by na czele manifestacji krzycząc razem z innymi „Nie zabierać żubrom domu!!!” albo „Wycinać Puszczę to jakby niszczyć Wawel!!!”.

Czy tak wyobrażali sobie najmłodszą córkę rodzice pochodzący ze znamienitych polskich rodów? Szczególnie ojciec? Malarz symbol i legenda narodowej spuścizny. Na pewno nie!

Ona jednak nie potrzebowała ich wsparcia by stać się kimś. 

***

DZIECIŃSTWO

Kossakówka

Zdjęcie: http://fotopolska.eu/164030,foto.html

 

Simona urodziła się w czasie wojny w Krakowie. Czasy były niespokojne. Codzienność różniła się od tej sprzed kilku lat. Życie było bardziej intensywne. Niektórzy korzystali z niego tak, jakby zostało im kilka lat zdrowia albo tak, jakby wokół nie toczyła się wojna. Próbowali dostosować się do tak odmiennej, codziennej egzystencji –  tolerując okupanta. Ciekawie opisała Anna Kamińska życie krakowianek w tym okresie. Dokładnie taka była mama Simony. Elżbieta Kossak:

„Sypały dowcipami, chodziły do wróżki, przesiadywały w kawiarni, a czasem chciały się kochać więcej niż przed wojną. Wychodziły za mąż i kupowały suknie ślubne zamawiane (z wyprzedzeniem) w sklepie Paryżanka. Wypożyczały welony w punkcie przy Starowiślnej. Farbowały włosy w zakładzie fryzjerskim Alba na Szczepańskiej. Kupowały kwiaty w kwiaciarni przy Siennej. I może w pieleszach domowych wściekały się, że ich randki, potańcówki, śluby, porody, chrzty, spacery z wózkiem na Błoniach czy Plantach przypadły na czas okupacji. I może te wrażliwsze zapadały na choroby, nie tylko nerwowe, i nie spały po nocach, a do szczęścia zamiast dzieci bardziej potrzebowały psychiatry.

Na ulicy udawały jednak, że nic je nie wzrusza (…). Jak trzeba było, histeryzowały z talentem aktorskim na posterunku gestapo przy ulicy Pomorskiej i ściągały z palców pierścionki, przekupując funkcjonariuszy, by uwolnić kogoś bliskiego. Gestapo w Krakowie za wypuszczenie więźnia żądało najczęściej biżuterii, złota, dzieł sztuki, a powodzeniem cieszyły się zwłaszcza obrazy Juliusza Kossaka.”

Matka Simony nieraz wykorzystywała obrazy męża, teścia albo jego ojca by pomóc znajomym. Mówiła bardzo dobrze po niemiecku. Podczas okupacji za swoją elegancją skrywała kobietę ze stali, dla której nie było spraw do załatwienia. Nie bez znaczenia był również fakt, że Kossakowie mieli w tym czasie glejt bezpieczeństwa. Składały się na niego dwie rzeczy. Międzynarodowa renoma malarskiego rodu oraz pochodzenie Elżbiety Kossak. Otóż jej wujkiem był sam żelazny kanclerz Otto von Bismarck. Żona Bismarcka, Joanna Puttkamer i babcia Elżbiety Kossak ze strony ojca, Olga Puttkamer, były siostrami. 

 

Elżbieta Kossak

Foto Archiwum Rodzinne Kossakow, Wydawnictwo Literackie/ Elzbieta Kossak, Matka Simony

 

Ojciec Simony w czasie okupacji nie malował już tak jak dawniej. Skupił wokół siebie uczniów, którzy pomagali mu tworzyć dużo gorszej jakości obrazy.

Potrzebne na wymianę.

Płacił nimi za jedzenie. Jak wspominają jego uczniowie dzień zaczynał od ćwiartki wódki. Dzięki niej przychylniej spoglądał na „podmalówki produkowane seryjnie przez jego uczniów”.

Zaczynał pracę o dziewiątej rano a kończył w porze obiadu, który jadł przeważnie z żoną. Simona i jej starsza siostra Gloria póki były małe jadały guwernantką. Gdy dorosły zasiadły do stołu razem z rodzicami. Jestem pewna, że obydwie chętnie cofnęłyby czas. 

W domu Elżbiety i Jerzego Kossaków ściśle przestrzegano reguł zachowania się przy stole i w towarzystwie. Tu trzeba było wiedzieć, że wszystko ma swój czas i miejsce. I wszystko miało być zrobione na rozkaz, szybko i pod linijkę – klasyczny pruski dryl. „Simona to Simona tamto – wspominała młodsza Kossakówna. Córkom nie było wolno nic albo prawie nic. Miały być tylko dobrze wychowane i dobrze się uczyć. W razie łamania zasad – o dobrym wychowaniu przypominał wiszący na ścianie pejcz”

Rodzice rozmawiali w niezrozumiałym dla nich języku. Być może po niemiecku. Zresztą to nie było istotne. Obowiązywała zasada: „Dzieci i ryby głosu nie mają!” oraz „Nie przy dzieciach!”. W tamtych czasach w wielu dobrych domach świat dzieci i świat dorosłych rzadko wzajemnie się przenikał. Simona z tamtego okresu pamięta lęk przed innymi ludźmi. Matka wpajała jej „pouczenia Marii z Colonna Walewskich Wielopolskiej, wyroczni w sprawach obyczajów towarzyskich, w rodzaju >>Obcuję z ludźmi jak najmniej, by zachować odrębność, odmienność swoją. To jedynie stanowi wartość. Kto dużo obcuje, z konieczności staje się w końcu podobnym do szarego ogółu<<„.

Stosowano się do tych zasad, ponieważ córki Kossaków nie miały być rozpieszczane a wyjątkowe.

Simona, uważana za malarskie beztalencie miała zostać pisarką a jej utalentowana siostra Gloria – malarką.

Żadna nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Obie najbezpieczniej czuły się się w swoim pokoju albo w przydomowym ogrodzie. Czegoż tam nie było.

„Rosły tam jeszcze przez kilkanaście lat po wojnie gęste krzaki malin, w których kiedyś „można się było ukryć i całować do utraty tchu”, pisała Magdalena Samozwaniec. W maju obok starej karety, w której trzymano rekwizyty malarskie, kwitły bzy. Były tez mlecze, bratki, stokrotki, „krokusy, przebiśniegi, potem konwalie, potem orgia letniego kwiecia aż po jesienne astry” oraz truskawki i poziomki a cień dawały „stare lipy, jesiony, kasztany, akacje, brzozy oraz rozłożysty dereń”, wspominał Zygmunt Niewiadomski (red. szwagier Magdaleny Samozwaniec). Wokół figury Matki Boskiej rosły zaś lilie, jaśmin i paprocie. Helena Kołatkówna, kucharka Kossaków, zwana Kucharcią, co wieczór zapalała Matce Boskiej świeczkę w podziękowaniu za kolejny przeżyty dzień.”

Do ogrodu Simona uciekała kiedy tylko chciała, a to zdarzało się bardzo często. Kiedy czuła się samotna, niezrozumiana, opuszczona, nadmiernie krytykowana.

Z jednej strony rodzice dziewczynek naprawdę wierzyli, że postępują dobrze. Taki rodzaj kindersztuby w wielu domach był zupełnie naturalny. Z drugiej strony matka Simony nie była kobietą, przez którą przemawiał kiedykolwiek silny instynkt macierzyński. Rodziła dzieci, ponieważ chciała dać trzeciemu wielkiemu Kossakowi, pierwszego syna i czwartego Kossaka. Takiego, który jeszcze bardziej rozsławi znany już ród. Potomka na miarę pradziadka, dziadka i ojca. Dzięki temu miała przejść do historii. To się nie udało. Rodziła tylko córki. Kompleks i bezsilność z tego powodu towarzyszył jej przez całe życie. Nie traktowała swoich dziewczynek tak, jak powinna traktować czuła i kochająca matka. Uważała, że to zbędne. Miała dać im siłę i indywidualizm. Mam wrażenie, że większą miłość okazywała mężowi a przychylność znajomym. To ich ratowała z niemieckiej niewoli i dla nich organizowała – nawet w czasie okupacji – słynne przyjęcia nazwane żartobliwie – z powodu nocowania u organizatorów – „nocnikami”. Odbywały się najczęściej wtedy, kiedy Kossakowi udało się sprzedać porządny obraz. Taki, za porządne pieniądze. Wtedy wszyscy w Kossakówce krzątali się jak w ulu. Zaczynały się przygotowywania do barwnej nocy. Rozsyłanie zaproszeń, czyszczenie sreber, komponowanie menu, zdobywanie jedzenia, sprzątanie pokoi, kompletowanie garderoby. Im bliżej godziny zero tym robiło się bardziej gorączkowo.

Wyobrażam sobie jak Simona i Gloria siedzą u szczytu schodów i patrzą na głowy krzątających się na dole ludzi. Nagle Simona wstaje. Czuje tak znany jej zapach mamy. Ten zapach mówi jej, że mama jest szczęśliwa. Może poświęci jej chociaż trochę uwagi. Zagląda delikatnie do jej sypialni. Zapach perfum „Antylopa” jest jeszcze bardziej intensywny. Elżbieta Kossak siedzi przy toaletce. Patrzy na siebie i uśmiecha się poprawiając fryzurę. Nagle w lustrze dostrzega córeczkę. Poważnieje. „Wracaj do pokoju!” – mówi mijając ją bez słowa. 

Ona w takich momentach uciekała do ogrodu. Tam byli prawdziwi przyjaciele. Zwierzęta, które nigdy jej nie zawiodły. Zawsze cieszyły się z jej obecności i okazywały jej uczucia. Były kochane psy, z których najbliższa sercu była suka Misia, były ptaki, ślimaki, wiewiórki, jeże. Tu był jej świat. Być może to pamięć o nim kilka lat później – jako świeżo upieczonej studentce Wydziału Biologii – pomoże podjąć decyzję o zamieszkaniu w samym środku białowieskiej puszczy.

DZIEDZINKA W BIAŁOWIEŻY

Dziedzinka

Dziedzinka. Zdjęcie pochodzi ze strony ewazwierzynska.pl

Bardzo chciała się tam znaleźć. Nie przerażała ją samotność, bo nie byłaby sama. Miała zwierzęta. Nie bała się tego, że nie będzie czasu ani warunków na macierzyństwo, ponieważ nie chciała i nie umiała mieć dzieci. Matczyną miłość jej serce okaże zwierzętom. Samo zaś należeć będzie do mężczyzny, który zupełnie przez przypadek zostanie jej sąsiadem.

Ona chciała tam zamieszkać sama.

On też.

Ona – jako świeżo upieczona absolwentka Wydziału Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego – miała pracować w Zakładzie Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży.

On artysta z Warszawy, fotograf – Lech Wilczek chciał fotografować dzicz.

Wynajęto im lokum na pół. Drewniany dom nazwany Dziedzinką i 3 hektary ziemi wokół niej. Wszystko w samym środku puszczy Białowieskiej.

Zanim latem przyjechał on, na początku mieszkała tu sama.

Czy się nie bała? Na życie zimą bez prądu, bez ciepłej wody i z wychodkiem za stodołą, zdecydowałaby się tu mało która kobieta. Simona jednak była inna.

Mawiała, że w Dziedzince nie straszą dusze zmarłych. Krakowski dom Kossaków zaś pełny był duchów i mało ciepłych wspomnień. Matka nauczyła ją zaradności.  Po śmierci ostatniego Kossaka to Elżbieta utrzymywała dom. Chałupniczo chwytała się różnych zajęć. Pracowała ona, pracowały i jej córki.

Simona była więc zahartowana. Nie do zdarcia. Wiedziała czego chce. Po czterech latach pracy w ZBS  przeniosła się do pracy w Instytucie Badań Leśnictwa. Dziedzinka stała się wtedy dla niej poligonem doświadczalnym. Badała dzikie zwierzęta w terenie. Na początku były to sarny, którym wręcz matkowała. We wszystkim towarzyszył jej Leszek. 

„Dziedzinka szybko stała się laboratorium doświadczalnym, jakie z roku na rok Simona powiększała jako zoopsycholog (…) oraz szpitalem, przychodnią i poczekalnią dla chorych zwierząt. Tu leczyła, tuliła i razem z Wilczkiem, który fotografował zwierzęta, obserwowała menażerię. Tu wychowywała jak matka łosie bliźniaki: Pepsi i Colę, myła czarnemu bocianowi szyję, brała do rękawa Kanalię, szczurzycę, która na otwartej przestrzeni wpadała w panikę, pozwalała zaprzyjaźnionej łani urządzać sobie na podwórku porodówkę, zabierała do domu owieczki i ich supermatkę owcę wrzosówkę, hodowała i podglądała szczury: Alfę i Omegę, trzymała w akwarium świerszcze. Tu sprawdzała pogodę, obserwując nietoperze w piwnicy.

Z roku na rok menażeria się powiększała, zmniejszał się natomiast dystans pomiędzy Simoną i Leszkiem”

Kiedy przyjechał do Dziedzinki tego pierwszego lata doszło między nimi do małej sprzeczki. Kilkanaście lat młodsza od niego gówniara aby przetrwać zimę porąbała płot oddzielający jego część ogrodu. Boczył się trochę, traktował z góry. Ona uważała, że on jest zarozumiały. Jednak po kilku przygodach i po paru wspólnych wizytach w lesie – razem uważali na żmije w ogrodzie a nocą słuchali jak wyją wilki.

Naprawdę zbliżyli się do siebie dzięki malutkiej losze, którą Lech przywiózł kiedyś z gór i poprosił Simonę o opiekę. Wołali na nią Żabcia i obydwoje spali z nią w swoich łóżkach. Nie przeszkadzał im nawet fakt, że wyrosła na dzika w rozmiarze XXL. Ona dorastała a oni z dnia na dzień poznawali się lepiej. Ich wspólny dom zaczął się zmieniać. Pojawił się agregat prądotwórczy, pralka Frania, radio, telewizor i lodówka na gaz. Po jakimś czasie on wybije drzwi i połączy dwugajówkę jaką była Dziedzinka we wspólny dom, w którym razem z nimi żyło coraz więcej zwierząt; psy, myszołowy, sowa, kruk, czarny bocian, pawie.

To jednak nie wszystko.

„(…) Simona założyła w Dziedzince warzywniak, w którym na żubrzym nawozie rosły trzymetrowe słoneczniki giganty. Powstała też pasieka, a na podwórku zamieszkali dzik z osłem i kruk. W lesie naprzeciwko gajówki stanęła ponad dwudziestohektarowa zagroda z sarnami. Dziedzinka, dom na polanie w środku puszczy, będzie latem tonęła w zieleni i kwiatach, zimą w śniegu. Współlokatorzy leśniczówki, w przeciwieństwie do poprzednich jej mieszkańców, postarają się by żyło się w puszczy jak w raju. (…)”

 

Simona i Sarna Fot. Lech Wilczek

Fotografia z książki „Spotkanie z Simoną Kossak”

 

To tutaj Simona zbierała materiały do swojej pracy doktorskiej a następnie profesorskiej. Między innymi tutaj pracowała nad dorobkiem, który rozrósł się do kilkuset opracowań naukowych i artykułów popularnonaukowych.

Widzę ją wieczorami przy lampie w towarzystwie swoich zwierząt i z Leszkiem siedzącym gdzieś w tle. Pisze swoją kolejną książkę.

Była autorką trzech: „Opowiadania o ziołach i zwierzętach”, „Wilk-zabójca zwierząt gospodarskich?” oraz „Saga Puszczy Białowieskiej”. Nikt tak jak ona nie potrafił godzinami gawędzić o przyrodzie. I najważniejsze, że chciało się tego słuchać. Wielu zna ją z programów o wilkach na Discovery albo z jej codziennego programu w Radiu Białystok „Dlaczego w trawie piszczy”. Był komentowany w szkołach, w domach, podczas codziennych rozmów. Autorkę zapraszano na wiele przyrodniczych konferencji, odczytów, sympozjów i zjazdów. Jeździła propagowała piękno przyrody, zabawnie opowiadała o pszczółkach, rybach, roślinach i życiu wśród dzikich mieszkańców puszczy.  

Mawiała, że od zwierząt możemy się bardzo wiele nauczyć. Przede wszystkim uczuć, i to tych najważniejszych. Była zdania, że obserwując je możemy się bardzo wiele dowiedzieć o sobie. Program okazał się antenowym sukcesem.  Często pokazywał świat przyrody z zupełnie innej, nieznanej strony. Simona znana z ciętego, siarczystego języka i wyrzucania z siebie potoku słów – na antenie mówiła spokojnie, nadzwyczaj grzecznie i arcyciekawie. Jedna z pierwszych gawęd, która dotyczyła życia płciowego kaczek, zatytułowana była „Zboczenia kaczora”.

Simona tak o tym opowiadała:

„U ptaków dość często zdarza się, że dwóch kawalerów zawiera małżeństwo (…). Takie przykłady obserwowano u kaczek. Był staw, po którym pływało pięciu kaczorów i jedna kaczuszka, jeden z nich był ptasi macho i próbował gąskę zniewalać. Ona biedna, zmęczona, zmarnowana, dała dyla i uciekła w trzciny. I co zrobił ten kaczorek? Zaczął gwałcić wszystkie po kolei samce. (…). Ptaki jak kopulują, to stykają się kloakami, czyli tymi swoimi otworami, przez które jednocześnie kupki robią i znoszą jaja, to jest wspólne ujście. I samiec jeśli dojdzie do prawdziwej kopulacji, to wprowadza do ciała konkurenta swoją spermę i w momencie, jak on szybko stworzy parę z prawdziwą kaczuszką, to zapłodni ją wcale nie swoją spermą, tylko właśnie spermą brutala, który go tam wcześniej naobracał na stawie”

Program nagrywany był również na Dziedzińce, ale jak wspominają po latach twórcy przeszkadzały im krzyki pawi.

Piękno Dziedzinki przyczyniło się jednak do jeszcze jednego talentu Simony. To tu odkryła, że posiada w sobie duszę prawdziwego artysty. Podobnie jak pradziadek, dziadek i ojciec zaczęła „malować”.

Nie, nie pędzlem.

Za pomocą kamery.

Została amatorskim reżyserem filmów przyrodniczych i odniosła na tym polu kolejny sukces. Jak sama przyznawała połknęła tego bakcyla nie dla zabawy, nie dla pracy zawodowej ale dla kreowania sztuki. Dla niej był to nowy sposób kochania przyrody.

Trzymała wreszcie kamerę tak jak jej ojciec trzymał pędzel.

Wszystkiego na temat filmowego montażu i całej wiedzy dotyczącej elektroniki uczyła się sama. Montowała obraz po pracy. Nieodłącznie towarzyszył jej długi mars i kubek mocnej kawy. Filmowanie ją pochłonęło. Już jej pierwszy film „Życie Żaby” (2000r.) otrzymał Nagrodę Specjalną dla Najlepszego Filmu Amatorskiego Międzynarodowego Festiwali Filmów Przyrodniczych im. Braci Wagów. Za ten film otrzymała również Grand Prix na Ogólnopolskim Festiwalu Filmów Amatorskich w Bełchatowie. Kolejne również realizowała na festiwale filmów amatorskich. Nagrodami cieszyła się jak dziecko. Jeszcze bardziej jednak samym zakończonym dziełem.

Jej kolejne filmy „Kamasutra” (2002r.), „Opiekun (2003r.) i „Motyle” (2005r.) powstawały w ogrodzie na Dziedzince. Niemal wszystkie zostały nagrodzone. Najbardziej znany jest film „Kamasutra”, w którym z kamerą podgląda w ogrodzie życie płciowe owadów. 

Anna Kamińska w swojej książce przypomina co dla Simony było w tym filmie najważniejsze:

„Jak się łapkami gładzą małżonkowie jak są próby odbicia żony mężowi – żona odrzuca konkurenta i wraca do męża i on, mąż, głaszcze [ją] łapką. To wszystko jest u owadów. Jak są takie flirciki mimowolne. Jak są długie, wielogodzinne, na ogół u owadów takie sprawy trwają długo, seanse miłosne. To wszystko, ładnie pokazane w filmie może – mówiąc wprost – któregoś z widzów podniecić. Jakby oglądał porno film.

(…) Jeśli ja bym się o tym dowiedziała, tobym była szczęśliwa. Bo całą moją popularyzatorską działalność w piśmie i w filmach poświęcam zasypywaniu przepaści pomiędzy człowiekiem a przyrodą”

Kochała przyrodę, zwierzęta i każdą związaną z nimi działalność. W te sfery życia wkładała najwięcej uczuć. Dla ludzi czasem już ich nie starczało. Nie starczało też dla Leszka.

Przeżyli ze sobą ponad 30 lat, kochali się ale nie umieli mówić o uczuciach. On twardy macho ona wyniosła i zamknięta w sobie od dzieciństwa.

Lech Wilczek wspomina dzisiaj, że ich dwie nieujarzmione dusze dogadywały się bez słów. Jednocześnie potrafili się nawzajem ranić. Ona po matce mało wylewna z biegiem lat stała się apodyktyczna. On potrafił dopiec do żywego i zdusić jej uczucia.

Dzisiaj mówi, że naprawdę pokochał Simonę po jej śmierci.

W książce „Simona” możemy przeczytać takie jego słowa:

„Simona, wracając [do Dziedzinki], zamiast otwartych ramion napotykała otwartą lodówkę, pełną oszronionej poprawności. Była zbyt ambitna żeby chuchać, i zbyt wrażliwa, żeby nie cierpieć. Przypomina mi się to teraz, nie mogę sobie z tym poradzić.

Szukam usprawiedliwienia w tym, ze reagowałem spontanicznie. Mój cholerny buntowniczy charakter nie pozwalał mi pojednać się od razu. Widzę teraz wyraźnie jak niszczycielskie było to okrawanie danego nam przez los wspólnego czasu w atmosferze ciepła”

Ten czas skończył się 15 marca 2007 roku.

Tego dnia Simona zmarła na raka w białostockim szpitalu. Nigdy wcześniej nie chorowała. Niemal nie chodziła do lekarzy. Przeważnie leczyła się sama. Była niezniszczalna. Choroba zabrała ją jednak w ciągu kilku miesięcy.

Wielu nie wiedziało jak poważnie jest chora. Do końca był przy niej jej Lech. Nie opuszczał jej ani w dzień ani w nocy. Czy wyjaśnili sobie to co było między nimi niewyjaśnione? Czy powiedzieli w końcu to co zostało niewypowiedziane?

Na te pytania odpowiedź znaleźć może jakiś dociekliwy reżyser filmowy, który w niezwyczajnym życiu Simony Kossak dostrzeże historię pełną zwrotów akcji. Taką, którą warto opowiedzieć. Surowy ale piękny dom rodzinny, walka ze swoimi słabościami, szukanie wiary w siebie, próba odnalezienia swojego miejsca na ziemi, poszukiwanie źródła wewnętrznej siły oraz swojej życiowej pasji, odwzajemniona, spełniona miłość do przyrody i odnaleziona ale niedokończona miłość do mężczyzny.

Czy warto byłoby kupić bilet na taki film? Bez wątpienia tak.

O Simonie Kossak można bowiem opowiadać w nieskończoność. Nie da się zamknąć jej postaci w jedną ramę. Potrafiła być tak skrajna jak przyroda, którą pokochała. Raz delikatna i wrażliwa, raz ostra jak brzytwa. Raz waleczna, a raz uległa. Potrafiła być zmienna ale nigdy nie zbaczała z raz obranej drogi, która prowadziła ją zawsze do Dziedzinki. To tu znajdowała natchnienie do książek, filmów i pasjonujących gawęd.

Drewniany dom w środku białowieskiej puszczy stoi dzisiaj opuszczony i zimny.

Wolę jednak myśleć, że dla Lecha Wilczka, to zawsze będzie Dziedzinka pełna zwierzęcej menażerii, słońca, zieleni i szczęśliwej miłości, która na Simonę i na niego wciąż czeka z otwartymi ramionami.

 

Fotografia z książki "Spotkanie z Simoną Kossak"

Fotografia z książki „Spotkanie z Simoną Kossak”

 

Na koniec zachęcam Was do posłuchania paru radiowych gawęd Simony z programu: DLACZEGO W TRAWIE PISZCZY na antenie Radia Białystok.

***

Wszystkie cytaty i informacje zaczerpnięte zostały z książki:

Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak, Anna Kamińska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015r.

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz