Kobiece treści, Podróże, We dwoje, Z dzieckiem

Święta Wielkanocne na walizkach?

24 kwietnia 2015

– Do Leny, do Leny, do Leny!!! – śpiewało moje dziecko na tylnym siedzeniu samochodu aby za chwilę „zmienić płytę” na: – do Bafiego, do Bafiego, do Bafiego!!!! i na koniec rozedrzeć się na dobre:– do Ciiiinaaaaa!!! 

Jechaliśmy właśnie na święta wielkanocne do Trzcina a konkretnie do Domów Konesera. Nie po raz pierwszy zresztą.

Wyjaśniam: Lena to ukochana i jedyna kuzynka, pierwsza miłość i towarzyszka zbyt rzadkich zabaw (niestety Gdynia i Kraków leżą trochę nie po drodze). Bafi zaś to uroczy i potężny barneński pies pasterski, którego uwielbiają wszystkie dzieci odwiedzające Domy Konesera. Powinien dostać złoty medal za cierpliwość. Głaskany, przytulany, szarpany i dziubany – po prostu kochany!

***

Święta wielkanocne od lat spędzam poza domem. Moja mama wprowadziła ten zwyczaj jeszcze jak byłam nastolatką. Dzisiaj nie wyobrażam sobie inaczej. Wiem, że niektórzy ten proceder mogą potępić. Jak to? Takie święta nie przy rodzinnym stole?

Otóż Proszę Wszystkich! WSZYSTKIM, którzy są w stanie sobie to wyobrazić polecam wyjazd na Wielkanoc gdziekolwiek. Na działkę, pod namiot, do pensjonatu, zaprzyjaźnionej agroturystyki, mniej lub bardziej zaprzyjaźnionego hotelu. Uważam, że warto!

Bożego Narodzenia nie wyobrażam sobie, poza domem rodzinnym – jeszcze! Wielkanoc jednak to czas, kiedy przeważnie świat dookoła budzi się do życia. Oczy jakoś same mrużą się do słońca, zęby szczerzą się bez powodu, do głowy przychodzi tysiąc pomysłów a Ty widząc to wszystko za oknem chcesz siedzieć z siostrą, mamą, przyjaciółką na ławce w parku, tarasie, na spacerze w lesie i rozmawiać, paplać, gadać…. Potrzebuję tego i nie wyobrażam sobie abym ja albo nasze mamy spędzały te kilka krótkich dni kursując pomiędzy kuchnią i salonem. Żonglowanie talerzami zostawiamy na inne okazje. Tym bardziej, że cała nasza rodzina rozrzucona jest po różnych częściach Polski.

Rok temu po raz pierwszy postanowiliśmy spotkać się w tym czasie gdzieś bliżej nas a nie Krakowa skąd pochodzę. Długo szukałam idealnego na taką okazję miejsca. W końcu przypomniałam sobie o uroczym pensjonacie na Warmii, do którego trafiliśmy z Robertem miesiąc po naszym ślubie.
Zupełnie przypadkiem, prosto po kolejnej rekonstrukcji Bitwy pod Grunwaldem (nie, nie braliśmy udziału – patrzyliśmy!). Pamiętam jak wtedy byłam nim zachwycona i ten zachwyt nie mija mi do dzisiaj. W zeszłym roku po raz pierwszy spędziliśmy tam święta całą rodziną. W tym roku było równie fajnie. W przyszłym na bank zjeżdżamy się tam znowu.
 

Jak odkryliśmy Domy Konesera?

 
Domy Konesera to ustronne miejsce w malowniczym zakątku województwa warmińsko-mazurskiego. Dosłownie!! Pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie ta okolica kilka lat temu. Najpierw długo nie mogliśmy znaleźć drogi szutrowej, która prowadzi prosto do Domów. Krążyliśmy po okolicy i myśleliśmy, że zaraz wylądujemy na jakimś polu rzepaku.
 
W końcu jest! Udało się! Widzę małą drewnianą tabliczkę ze strzałką w prawo. To tam!! Droga wąska, piaszczysta a dookoła, wzgórza, pola, łąki las… Gdy wyjechaliśmy na wzniesienie w dole ukazały nam się w całej okazałości Domy Konesera.
 
Pamiętam, że na widok dymu z komina mój brzuch bardzo głośno zaprotestował, żebyśmy w końcu przestali się tak guzdrać, gadać i zachwycać. Czasem trzeba też jeść. Pojechaliśmy, zjedliśmy i zostaliśmy złapani na wędkę! Dosłownie i w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Właściciele są w tym mistrzami.
 
O uroku tego miejsca stanowi fakt, że nie ma tu tłumów (i bardzo dobrze!) a Pan Krzysztof i Pani Agnieszka z każdym zawsze mają czas porozmawiać. Po jakimś czasie czułam się jak ich dobra znajoma. Często do zupełnie nowych znajomości podchodzę nieufnie. Gdyby ktoś miał mnie porównać do zwierzęcia to jestem jak jeż. Przed obcymi zwijam się w kulkę i czekam aż ktoś na kolce nabije mi jabłko. Wtedy wychylam pyszczek i słucham. Z reguły ludzie mają mnie za zarozumiałą, ale to tylko pozory. Z moim mężem dobraliśmy się pod tym kątem idealnie. Hahaha! On przypomina psiaka. Takiego, który non stop szczeka, merda ogonem i daje się głaskać. Wszyscy go lubią i zawsze dostaje największą kość!
 
Po tej pierwszej wizycie wiedzieliśmy, że przyjedziemy tu znowu. Piękna okolica, miejsce gdzie każdy detal zwraca uwagę na kolejny i gdzie poza pysznym jedzeniem dba się o strawę dla duszy. Krzysztof jest śpiewakiem operowym i mecenasem kultury. Przy obiedzie można posłuchać jego gry na fortepianie, wieczorami gry na akordeonie albo śpiewu przy akompaniamencie zaprzyjaźnionych muzyków. Brzmi pompatycznie, ale uwierzcie mi przyswaja się z przyjemnością i chce się więcej.
 
Jak wyglądają Święta Wielkiej Nocy w Domach Konesera? Posłuchajcie!
 

Wielki Piątek

Święta Wielkanocne w Domach Konesera to już tradycja dla wieloletnich bywalców. Mają stały cykl. Pierwszych gości gospodarze witają już w czwartek. My w tym roku przyjechaliśmy w Wielki Piątek. Zjechaliśmy się niemal jednocześnie. Uściskom i całuskom, szczególnie u najmłodszych latorośli nie było końca. Po obiedzie rozsiedliśmy się w kuchni i nie mogliśmy się nagadać. Natomiast wieczorem, po kolacji, która jak wszystkie posiłki odbywa się w zaadoptowanej na stylową restaurację stodole, przyszedł czas na kraszenie, malowanie i ozdabianie jaj.

Braliśmy udział, a jakże!

Nauczyłam się dekorować jaja woskiem, i  farbować je od najjaśniejszego do najciemniejszego koloru. Barwy poszczególnych warstw wosku są wtedy różne a jaja prześliczne. Potem decoupage. Tu już szło mi gorzej, ale udało się.

Dzieci w tym czasie również pracowały w przeznaczonym dla nich kąciku. Malowały, obklejały i brokatowały. Siebie i jajka. W przerwach biegały niczym kolorowe pisanki pomiędzy stołami, wokół fortepianu i przy kominku. Do łóżka poszły później niż zwykle.

My siedzieliśmy jeszcze na tarasie i nadrabialiśmy zaległości w plotkach o sobie i innych. Potem mój mąż ze szwagrem udali się do stodoły aby pośpiewać z Krzysztofem i innymi do księżyca przy blasku świec, akordeonie i księżycówce.

Nasi rodzice poszli spać a ja dalej plotkowałam z siostrą. Rany!!! Jak mnie brakuje takich rozmów z Tobą Siostrzyczko. Telefony to nie to samo…

Wielka Sobota u Księdza Piotra

Następnego dnia w Wielką Sobotę po śniadaniu wszyscy zajmowaliśmy się święconkami. Panował uroczy zamęt z przygotowywaniem koszyków, dobieraniem baranków, zajączków, kiełbas. Smacznie i kolorowo. Po śniadaniu wyjechaliśmy na święcenie do zabytkowego kościółka w Boleszynie. Potem ks. Piotr celebrujący mszę zaprosił nas na plebanię. W zeszłym roku byłam tam pierwszy raz. Zerkałam nieufnie i dziwnie się czułam. W tym roku rozsiadłam się przy stole pełnym ciast jak u siebie. Mazurek pycha! Ksiądz Piotr – gaduła!
 

Kulturalna Wielka Niedziela

Wielkanocne, niedzielne śniadanie trwało kilka godzin. Miłe powitanie gości przez gospodarzy, ceremonia dzielenia się poświęconym jajkiem, życzenia, uściski. Cieszyliśmy się sobą nawzajem, pięknym stołem, dobrym jedzeniem. Po śniadaniu był obiad a po obiedzie uczta dla ducha i mistrzowski koncert operowo-operetkowy w wykonaniu gospodarza.

I tak za oknami zrobiło się czerwono. Słońce zawsze pięknie chowa się tu za horyzontem. To już wieczór a przed nami była jeszcze biesiada przy ognisku. Pogoda pokrzyżowała nam nieco plany i skróciła pieczenie kiełbas, ale kto zdążył ten miał a kto nie zdążył zjadł najlepszy bigos w okolicy!!

Na zakończenie dnia popis dały wszystkie dzieci. W kominku trzeszczał ogień, za oknami wiał wiatr, Krzysztof przygrywał na akordeonie skoczne piosenki a dzieciaki piszcząc i potykając się o siebie nawzajem tańczyły w kółeczku, gęsiego, udawały różne zwierzęta, pociąg itp.

Wszystko przy pomocy twórczej inwencji gospodarza, który kontakt z dzieciakami ma niesamowity.

Dorośli robili zdjęcia, klaskali i płakali ze śmiechu. Kto mógł popijał nalewki domowej roboty. To był fantastyczny dzień, który z mężem postanowiłam zakończyć jeszcze fantastyczniej w klimatycznej chatce, przypominającej mi dom Hobbita a służącej jako strefa spa z jacuzzi, sauną i … sishą.

Wielce mokry Poniedziałek

Lany Poniedziałek zaczął się bardzo wcześnie i baaardzo mokro. Dzień wcześniej wszystkie dzieci, duże i małe otrzymały kolorowe jaja, tzw. sikacze do lania wody. Tym samym o poranku na każdym niemal piętrze fruwały one w powietrzu i lądowały pod kołdrami. Szczególnie Lenka i Hubercik przepuścili zmasowany atak na każdego po kolei – po 10 razy z rzędu. Najcierpliwiej znosił te „tortury” dziadek Bogdan, który sam się podkładał wnukom do zmoczenia: „A co tam. Proszę mnie wykąpać!!!”.

Po takiej bieganinie trzeba było nadrobić stratę spalonych kalorii. Wielkanocny stół tak jak i wczoraj uginał się od wędzonych mięs, kiełbas domowego wyrobu, układanych na misach, jajek, chrzanu. Nie brakowało również żurku, gołąbków i pysznych zakąsek. Wśród ciast królowały baby, serniki i oczywiście mazurki. Ciast zjadłam tu całe wory. Nie dość, że na stołach Konesera w niemal każdej minucie pobytu było ich mnóstwo, to każda z nas przywiozła z domu swoje specjały. Po posiłku dosłownie wytoczyliśmy się do ogrodu aby pomóc dzieciom w poszukiwaniu ukrytych wśród krzaków, klombów i klombików zajączków i jajek. W tym roku wszystkie dzieci zostały Królami i Królewnami Nagród. Wszystkie (tak mocno wyposzczone przez ostatnie dni) mogły odgryźć znalezionemu, czekoladowemu zajączkowi ucho albo skonsumować równie smaczne czekoladowe jajko. Machnęliśmy ręką na ten efekt uboczny  i w czekoladowych humorach udaliśmy się na spacer do pobliskiego Rezerwatu Przyrody Piekiełko. Znajduje się on w Welskim Parku Krajobrazowym.

Jak tam jest pięknie! Mogę sobie tylko wyobrazić przysłaniającą wszystko zieleń drzew w lecie, ciemny turkus mchu na rzece Wel i wszechobecne, kwiaty. Występuje tu 19 gatunków roślin objętych ochroną prawną z czego 9 ochroną ścisłą. Okolica zachęca nie tylko do spacerów. To raj dla rowerzystów i kajakarzy. Dla tych ostatnich to prawdziwe wyzwanie.

Po obiedzie musimy się pakować. Niestety…

Świąteczne ucztowanie dobiega końca. Smutno mi… Jednak już wiemy. Za rok znów się tu spotkamy!
Na koniec zacytuje to co napisała Agnieszka, w jednym z pierwszych maili dwa lata temu, w którym opisywała mi przebieg Świąt Wielkanocnych u nich:

Tu w Trzcinie, na granicy Warmii i Mazur, skąd wszędzie daleko – jest bardzo blisko, do poczucia sensu tego co zdarza się w te święta…

Kupiła mnie tym i wcale nie wstydzę się tego napisać!

 trzcin-1 trzcin-2 trzcin-3 trzcin-4 trzcin-5 trzcin-6 trzcin-7 trzcin-8

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz