Kobiece treści, Sylwetki Kobiet

Mój ogród Pamięci

30 października 2015

Tak to już jest, że w Święto Zmarłych wspominamy tych co odeszli. Piękna to tradycja, mimo iż dla wielu smutna. Od paru lat obchodzę ją nad morzem odwiedzając często obce groby i spacerując wśród tysięcy zniczy zapalonych przez kogoś innego. Lubię wieczorny cmentarz 1 listopada. Każdy wygląda wtedy pięknie a myśleć o najbliższych, którzy odeszli można nie tylko przy ich miejscu spoczynku.

Wczoraj porządkując stare pudła znalazłam artykuł, który dawno temu napisałam do magazynu „Modny Kraków”. Postanowiłam, że niczym relikwie z przeszłości umieszczę go tutaj. Tekst napisałam 8 lat temu i zatytułowałam „Wspomnienia spisane Lwowem”. Zachowuje on wspomnienie o mieście rodzinnym mojej babci, widocznej na zdjęciu powyżej. Zmarła na dwa lata przed powstaniem tego artykułu. O wielu rodzinnych historiach nie zdążę już z nią porozmawiać… Żałuję. Cieszę się jednak, że tą jedną udało mi się ocalić.

 WSPOMNIENIA SPISANE LWOWEM

Starsi ludzie uwielbiają opowiadać o czasach swej młodości. Dlaczego czasem tak mało pytamy o szczegóły? Tak trudno nam uwierzyć, że życiowa mądrość zawarta w tych przeżyciach może stać się niekiedy lustrzanym drogowskazem naszych własnych wyborów? A może winowajcą jest najzwyklejszy pod słońcem czas, który dla każdego z nas płynie inaczej?

Czytając nagrodzoną statuetką NIKE książkę „W ogrodzie pamięci” podobnie jak Joanna Olczak-Roniker pożałowałam z całego serca, że nie zachęcałam Stefani Dudkowskiej z domu Baczyńskiej, do większych zwierzeń o mieście jej młodości. O pięknym starym i polskim Lwowie…

Żałuję, że nie namówiłam babci na zwierzenia o dawnych balach i weselach, które były częścią życia jej rodziny a równocześnie cząstką dawnej kultury i obyczajów. Żałuję, że nie zdążyłam… Miała piękny głos, piękne życie i talent do opowiadania. Dzisiaj z jej wspomnień pozostały niejasne zarysy postaci na starych fotografiach w kolorze sepii, fragmenty słów na dawno pożółkłych listach i szczątki opowiadań, których za mało się słuchało.

Chciałam jej wspomnienia wypełnić, nadać im prawdziwej barwy i dawnego splendoru, a o Lwowie podobnie mogła opowiadać tylko jeszcze jedna znana mi osoba – Eugeniusz Baczyński, brat mojej babci. Zadzwoniłam do mieszkającego w Warszawie wuja…

***

„W ogrodzie Pamięci” autorka wspomina film Carlosa Saury, w którym główna bohaterka, jako starsza już kobieta zagląda przez uchylone drzwi do jadalni z czasów swojej wczesnej młodości. Przy stole widzi całą zgromadzoną rodzinę: dawno nieżyjących rodziców, rodzeństwo i siebie samą jako małą dziewczynkę. Mam dokonać trudniejszej sztuki niż wkroczenie w świat własnego dzieciństwa. Mam uchylić na chwilę drzwi, które niecały wiek temu prowadziły do kamienicy mojej praprababki przy ulicy Krupiarskiej 5 na lwowskim Łyczakowie.

Jest niedzielny ranek 1929 roku. Przedwojenny Lwów promienieje słońcem. Miasto dawno obudziło się do życia. Do położonego nieopodal kościoła św. Antniego zmierzają pieszo, bądź powozami strojnie ubrane rodziny zamieszkałe w okolicznych kamienicach. Zaglądam do salonu jednej z nich. W biedermaierowskich fotelach zgromadziła się liczna rodzina Baczyńskich, Ostrowskich, Rudkiewiczów i Pietruszków. Wszyscy zaledwie przed chwilą wrócili z Teatru Wielkiego, ale na żadnej twarzy nie widać zmęczenia. Trwa zagorzała dyskusja na temat wczorajszej opery i późniejszego przyjęcia. Służące przygotowują śniadanie a moja praprababka zagania czwórkę małych chłopców do sypialni. Wstali jak tylko usłyszeli, że rodzice, dziadkowie, wujostwo i kuzynostwo podjechało pod dom. Jednak z babcią Helą nie ma żartów. Nagle z góry słychać płacz dziecka. To obudziła się kilkumiesięczna Stenia. Ich siostra a moja babcia. Jej mama wstała by wyręczyć niańkę. W tym momencie zmieniono temat. Okazuje się, że parę osób nie zostaje na śniadaniu. Kuzynka chłopców Wanda Pietruszka wraz z rodzicami, gości dzisiaj na obiedzie swojego narzeczonego, Tomasza Czechowskiego wraz z przyszłymi teściami. Mają po raz kolejny omówić rychły ślub. 

Wuj Eugeniusz Baczyński, jeden ze wspomnianych małych urwisów, opowiada, że to była piękna para. Ona córka znanego lwowskiego kupca. On syn kupieckiej rodziny z Wilna. Absolwent Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Poznali się na jednym z domowych koncertów.Pan młody do domu teściów wraz z rodzicami przychodził kilkakrotnie. Ojciec wydawał za mąż swoją najładniejszą córkę.

W końcu ku radości młodej pary termin ślubu został ustalony. Rozesłano zaproszenia wydrukowane na welinowym papierze ozdobionym wytłaczaną koronką i girlandami kwiatów. Oprócz pięknie wykaligrafowanego tekstu zaproszenia pisanego wierszem, nazwisk rodziców oraz imion młodej pary widniała na nich data zaręczyn i data ślubu.

Ta ostatnia była wytłoczona wyjątkowo mocno: 09.09.1929 rok. Znamienne, że dokładnie 10 lat później codzienne życie Lwowa całkowicie się odmieni, a 15 lat po tym ślubie w dniu konferencji jałtańskiej miasto odznaczone przez Józefa Piłsudskiego krzyżem Virtuti Militari za zasługi położone dla polskości tego grodu zostanie odebrane Polsce i przyznane ZSRR. Na razie jednak nikomu nawet nie śniły się tak tragiczne wydarzenia.

***

W kamienicy na Krupiarskiej 5 wszyscy z niecierpliwością oczekiwali wielkiej uroczystości. Wspominano dotychczasowe, huczne śluby. Babcia Hela opowiadała wnukom jak przed laty hrabia Rudkiewicz żądał aby przez cały czas narzeczeństwa przyszli zięciowie przyjeżdżali powozami pod ich pałac i udawali się na wspólne śniadania z całą rodziną. Mężem pierworodnej został właściciel fabryki wędlin i Król Kurkowy we Lwowie. Drugą córkę wydano za właściciela hurtowni win i eleganckiej restauracji.

Oczekiwania, młodzieńcza niecierpliwość, radość z rodzinnej uroczystości znacząco przyspieszyły dzień zaślubin.  I wreszcie jest. Słoneczne, wrześniowe popołudnie 1929 roku.

Uroczysty ślub Wandy i Tomasza odbywa się w rodzinnym kościele św. Antoniego na Łyczakowskiej. Pana Młodego do ołtarza prowadzi dumny ojciec. Obaj mają na sobie czarne, świetnie skrojone smokingi, białe koszule i czarne muszki. Obaj są wysokiego wzrostu i świetnie się prezentują. 

Kiedy Tomasz Czechowicz stanął przy ołtarzu, zabrzmiały organy i do kościoła wkroczył strojny orszak. Najpierw druhny w sukniach z białego i lawendowego jedwabiu faille od słynnej w świecie mody Madeleine Vionnet oraz drużbowie w czarnych frakach. Zaraz za nimi szła Panna Młoda w otoczeniu całej rodziny i świadkowie.

Młoda Wanda była osobą bardzo tradycyjną i wbrew panującym w tych czasach trendom na rynku mody – a więc uwalniania kobiecego ciała od gorsetów i wzorem Gabrielle Chanel adaptowania wzorców mody męskiej – wybrała suknie w stylu znanego pod koniec XIX wieku paryskiego projektanta Charlesa Fredericka Wortha. Stanik i spódnica z turniurą oraz długim trenem były w kolorze biało-złotego jedwabiu tkanego w motyw kwiatów i liści. Suknia miała zdobienia z pereł i brukselskiej koronki, którą pokryty był również długi welon. Kiedy ojciec uniósł go do góry i pocałował ją w czoło, miała łzy w oczach.

Godzinę później była już Wandą Czechowicz.

***

Jak wspomina Eugeniusz Baczyński wesele miało miejsce, zgodnie z lwowskim obyczajem, w domu Panny Młodej. W kamienicy wujostwa na Łyczakowie goście bawili się na każdym piętrze. Każde miało osobną orkiestrę. Na weselny bal zjechały się rodziny z całej Europy. Pełno było młodzieży. Szczególnie dużo przybyło przyjaciół Pana Młodego z Akademii Medycyny Weterynaryjnej. To właśnie dzięki nim to wesele wypływa wśród wielu barwnych wspomnień wuja na pierwszy plan. 

Nie wiadomo czy z zazdrości o piękną narzeczoną, czy z powodów zupełnie niewinnych, spowodowanych alkoholem, jeden z kolegów Tomasza pod sam koniec wesela powiedział coś o czym obiecał milczeć. W tak uroczystym dla wszystkich dniu, przez wszystkie piętra przetoczyła się plotka, która na końcu stała się faktem. Najpierw rozszeptano ją wśród gości, potem uraczono nią obydwie rodziny, a na końcu dotarła do celu jakim była oniemiała Panna Młoda.

Tomasz Czechowicz, absolwent Akademii Medycyny Weterynaryjnej wcale nim nie jest. Oblał wszystkie egzaminy i z wielkim trudem utrzymuje się na II roku. Wściekły ojciec uświadomił sobie, że kochający rozrywkę syn – pieniądze, które dostawał na studia – przehulał. W karczmach, na bankietach i podczas dalekich podróży.

To jednak nie koniec weselnego dramatu. Następnego dnia Tomasz Czechowicz zamiast w podróż poślubną z młodą żoną, uciekł do Wilna.

Ta miłosna historia, skrywana barwami wstydu i straconego zaufania, mogłaby się w tym miejscu skończyć. Tak się jednak nie stało. I doprawdy nie wiadomo co bardziej pomogło… 

Miłość czy konwenanse…?

Wyrozumiali rodzice Wandy i jej wujostwo przekonali ją, że jeśli kocha powinna udać się za mężem do Wilna. Miała przekonać go do powrotu na uczelnie i do niej. Jednak na jej warunkach. Tak też się stało. Tomasz wrócił do Lwowa i na studia. Ukończył je z wyróżnieniem. 

Po latach Tomasz Czechowicz został świetnym lekarzem weterynarii. W czasie II wojny światowej był Oficerem Wojska Polskiego i nieocenionym znawcą koni.

Eugeniusz Baczyński twierdzi, że mimo niefortunnego początku, Wanda i Tomasz byli wyjątkowo zgodnym, szczęśliwym i pięknym małżeństwem, a Tomasz Czechowicz mimo, że do końca lubił się bawić, , najlepiej i najweselej spędzał czas w towarzystwie żony.

Wujowi pozostała po nich pamiątka. Stara płyta winylowa i gramofon. Zanim ją ustawi długo przewraca w dłoniach. Tak jakby dotykając jej cofał się w tamten elegancki i rozśpiewany Lwów…

 

Nocny pociąg-trzecia klasa –

W kurytarzu „Ona”, „On”.

Ona; postać, rasa, klasa,

On jest „ź Wilna” – szyk, bon-ton!

„Znaczy sia, ja Panią kocham!”

Sapie przy tym niczym miech.

W uszka grucha. Ona słucha.

Nagle Ona głośno w śmiech!

 

-Ta co Pan buja, ta ja ze Lwowa,

Ta daj pan spokój, ta ja si na tym znam! 

Na te kawałki – ja za morowa!

Ja w sprawach serca doświadczeni mam!

Ta po co tracić nadaremni słowa!

Jak Pan mnie kocha, to wi Pan, co Pan zrób?

Ta jedź Pan ze mnu do megu Lwowa

I nim co bedzi, ta weź Pan ze mnu ślub!

 

Lviv city night landscape. Ukraine

Lviv city night landscape. Ukraine

 

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz