Kobiece treści, Kultura

Czym jest terroryzmozofia w portalach społecznościowych i dlaczego staram się zrozumieć uchodźców!?

17 listopada 2015

Obiecałam sobie, że nie będę poruszać takich tematów na blogu, ale od wczoraj zalewa mnie krew. Nie, nie moja chociaż ta czasem skutecznie się gotuje. Czerwona fala irytacji wylewa się ze wszystkich mediów społecznościowych, w których się nie udzielam, ale milcząco nie dowierzam. Swędzą mnie opuszki palców aby coś napisać, ale zaraz studzę emocje. I po co idiotko będziesz polemizować z tymi co wiedzą lepiej? Przecież każdy z tych znajomych albo ich znajomych i jeszcze znajomych tamtych znajomych – stał się ekspertem w modnych ostatnio poradach na temat „terroryzmozofi”.

***

Jedni rwą włosy z głowy z okrzykiem „A nie mówiliśmy? Wpuścili terrodebili do siebie i mają to na co zasłużyli!” Inni z rozbieganym wzrokiem powtarzają w kółko „A nie mówiliśmy?! Może teraz przejrzą na oczy i wypędzą tych brudasów gdzie pieprz rośnie!”. Czytaj w kosmos! No fakt, przecież każdy z nich ma na czole napisane słowo „Terroterminator”. Są też tacy, którzy pisząc te wszystkie komentarze kiwają powoli głową z bardzo poważną miną. „A nie mówiliśmy?! Tak miało być. Nostradamus przewidział tą terroepokę! Miała przyjść ze wschodu? Przyszła! Miała być na tle religijnym? Jest!”.

Najbardziej jednak wbijają mnie w krzesło Ci, którzy z szyderczym uśmiechem usiłują być mega dowcipni. Niestety jedynie dla sobie podobnych. Wklejają ultrawulgarne i prostackie memy, wybitnie obrażające całą nację i ich religię. Daleko im do przemyślanych satyr i karykatur tygodnika Charlie Chebdo, którymi – fakt – wielu też było obrażonych. Czemu to robią? No właśnie chyba sami nie wiedzą! Multikulturowe współistnienie różnych cywilizacji jednoznacznie kojarzą z terroryzmem. 

Gdzie jest życie, takie jak dawniej?

I żeby było jasne! Nie chowam pod swoje tolerancyjne skrzydła, niczym kwoka wszystkich muzułmanów. Nie będę udawać, że pozjadałam wszystkie rozumy i nie poruszę spraw politycznych i międzykultuowych. Rozwiązanie znajdą Ci na najwyższych szczeblach. Nie będę miała na to wpływu. Chodzi mi o człowieka takiego jak ja i o rodzinę, taką jak moja.

Wiele osób zapomina, że ci ludzie przekraczający bez problemu europejskie granice w poszukiwaniu spokoju, byli kiedyś tacy jak my. Byli, ale od bardzo dawna nie są. Nie spóźnią się już rano do pracy, nie zaproszą teściów na kolację, nie obleją ważnego egzaminu na studia albo nie zaśpiewają pod prysznicem w swoim własnym domu, nie powieszą na ścianie zdjęć z wakacji, nie ucałują córki przed jej ślubem i nie awansują na wspólnika w jednej z renomowanych firm jakich wiele było niegdyś w Damaszku. Oni nie przypominają już dawnych siebie. Wielu skrywa się pod palącym wstydem. My tego nie widzimy. Dla nas każdy z nich może być terrorystą. Nie, nie dziwię się. Staram się to zrozumieć, ale proszę nie zapominajmy o nich. Ich jest o wiele, wiele więcej niż tamtych brodatych, złych ludzi, którzy są i ich oprawcami. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że z rosnącą falą uchodźców do Europy przecisną się kolejni wojownicy ISIS. Kolejni, bo inni już tu są. Nie polemizuję z tymi, którzy twierdzą, że:

  • ta wojna powinna być prowadzona w Syrii.
  • obozy dla uchodźców również powinny znajdować się tam.
  • dzieci uchodźców pewnie zostały na pontonach, ponieważ do nas przybywają w większości mężczyźni.
  • nie powinniśmy wpuszczać takiej ilości imigrantów do naszych krajów.
  • statki powinny być wzorem Australii zawrócone na morzu.
  • ratunkiem jest obojętność bo rozgłos to coś, czego chcą Ci, którzy zabijają podobnych do nas.
  • nie każdy muzułmanin to terrorysta, ale każdy terrorysta to muzułmanin.
  • powinniśmy patrzeć i sprawdzać kogo wpuszczamy do naszych krajów.

Rozumiem ten ludzki strach i sama nad tymi rzeczami się zastanawiam. Ostatnio często. Niemniej jednak, nie mogę przejść obojętnie obok kogoś, kto mijając młodą dziewczynę, byłą studentkę MBA na Uniwersytecie w Aleppo, prawniczkę w rodzinnej kancelarii i finalistkę wielu konkursów literackich popycha ją i śmiejąc się z innymi krzyczy „Brudaska!”. Fakt ona już nie wygląda tak jak kiedyś. Jednak tak jak dawniej reprezentuje sobą dużo więcej niż Ci co ją właśnie opluwają. 

Podobnie jest z niektórymi komentarzami w mediach społecznościowych. Czytam i zastanawiam się czy pamiętamy o tym, że to są ludzie którzy również są ofiarami i boją się przez to codziennie? Ci ludzie już tutaj są, a skoro są należy im pomóc i zrozumieć. 

Piekło Fayzy

droga-przez-pieklo-1

Niektórym, zrozumieć pomoże książka opisująca historię pewnej młodej Syryjki, która urodziła się w podgórskiej miejscowości  Zabadani. Z tego co pamiętam miejscowość leży niedaleko Damaszku. Gdy Fayza dorastała wszędzie było bezpiecznie. W jej domu rodzinnym, w domu sąsiadów, w szkole i w miejscu pracy taty. Była szczęśliwa, czuła się kochana i wierzyła mamie, która mówiła, że świat stoi przed nią otworem.

„Ale to było w czasach, kiedy nie istniały jeszcze fałszywe religie. Pochodziłam z muzułmańskiej rodziny, jednak to czy było się szyitą, sunnitą, alawitą, czy druzem, nie miało żadnego znaczenia. Wiedziałam, że niektóre moje koleżanki były chrześcijankami, ponieważ nie pościły podczas ramadanu a w niedzielę chodziły na mszę. Ale to też nie było dla nas ważne – mówiłyśmy tym samym językiem, słuchałyśmy tej samej muzyki, kształciłyśmy się w tych samych szkołach, byłyśmy tak samo pilnowane i karcone przez rodziców”

Fayza miała siostrę, którą bardzo podziwiała, mimo że ta odrzuciła tradycyjną chustę i „chodziła z rozwianymi włosami”. Była dziennikarką. Nowocześnie i odważnie stąpającą po pięknych ulicach Damaszku i Zabadani. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Mama Fayzy była wzorem dla obu córek. To do niej przychodziły latorośle mieszkańców Zabadani na korepetycje z języka angielskiego. Zawsze uśmiechnięta, energiczna. Silna. Ojciec pochodził z biednej, ortodoksyjnej rodziny. Oboje jednak znakomicie się uzupełniali. Byli „wyzwoleni” ale wyczuleni na kwestie honoru. Jak większość syryjskich rodzin. To właśnie dlatego Fayza, kiedy się zakochała poprosiła o pomoc koleżanki. To one pomagały jej ukrywać ten fakt przed rodzicami. Po jakimś czasie Mohammed się oświadczył. Rodzice Fayzy go zaakceptowali. Wszystko mogło potoczyć się inaczej, bo szczęśliwie, ale tak się nie stało.

Najpierw do więzienia, na trzy miesiące trafił ojciec Fayzy. Potem w 2011 roku przyła Arabska Wiosna i dawne życie się skończyło. Rozpoczęła się rewolucja, która po kilku tygodniach przerodziła się w wojnę domową.Do pacyfikacji powstańców wprowadzono armię. Dawne Zabadani przestało istnieć. Od tej pory jedynym uczuciem jakiego doświadczała Fayza był strach o młodsze rodzeństwo, o tatę, który znów został aresztowany i o chorą mamę. Kilkakrotnie zmieniała miejsce zamieszkania, podobnie jak sąsiedzi, wychowankowie mamy, nauczyciele ze szkoły, koledzy z pracy taty i jej koleżanki. Wiele z nich już nie żyje. W końcu jako uchodźca uciekła do Libanu, gdzie czekał już na nią Mohamed. W jednym z libańskich obozów pomocy spotkała dziennikarkę Djénane Kareh Tager. To ona usłyszawszy jej historię postanowiła napisać o młodej dziewczynie z dalekiego kraju, która straciła wszystko – a nie musiała. 

Trzymam tą książkę w ręce i myślę, że czasem nie mamy wpływu na to, kto i jak namiesza wielką chochlą w naszym ojczystym tyglu. Sobie ani innym nie życzę takiej drogi przez piekło, która dzisiaj mogłaby się skończyć na jednej z europejskich granic, w pożyczonej kurtce z darów i z obolałymi rękami od noszenia zbyt słabego już Orzeszka!

 

***

Droga przez piekło. Od Syrii Asadów po obozy w Libanie, Fayza D., Djenane Kareh Tager, Prószyński i Media 2014r.

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz