fbpx
Podróże, Z dzieckiem

Mieszkasz nad morzem? Na wakacje jedź w góry!

24 sierpnia 2015

Gdzie w pojedynkę pojechać na urlop z małym dzieckiem? Wyobraźmy sobie, że praktycznie codziennie nasze płuca pompują drogocenny jod a co za tym idzie noski maluchów każdego dnia cieszą się zapachem morskiej bryzy. Zostać czy wybrać inny typ polskiego klimatu? Ktoś zapyta: Kobieto a cóż to za dylemat!? Mieszkasz w takim miejscu więc czerp z niego pełnymi garściami. Cały rok!

Fakt. Tylko, czy koniecznie cały? Czy dla takiego malucha obserwującego mewy – częściej niż gołębie na przykład – nie lepsza będzie diametralna zmiana zapachu? Chociaż raz w roku? I to na dłużej? Przecież wiadomo, że zmienność warunków atmosferycznych wzmacnia i hartuje organizm.

Tym samym zdecydowałam się zmienić dość wilgotny klimat na ten ostrzejszy. Ruszyliśmy w góry. Nad wyborem miejscowości również długo się nie zastanawiałam. Pojechaliśmy do Miasta Dzieci Świata.

***

Skusiło mnie nie tylko nazwą. Wybór był dość prosty. Rabka leży o godzinę drogi od Krakowa. Miałam więc pewność, że w razie czego zawsze mogę liczyć na pomoc rodziny. Ponadto za kilka dni miała do nas dołączyć moja siostra z dzieciakami. Miało być wesoło. I było! W malowniczo położonym uzdrowisku dzieciaki nie tylko podreperowały zdrowie ale przede wszystkim dobrze się bawiły.

Nadmienię, że Orzeszek pojechał do Rabki lekko przeziębiony. Wieczór przed podróżą miał nawet stan podgorączkowy. Nie byłam zadowolona, ale zmiana klimatu może być w tej sytuacji zbawienna. Już pierwszego dnia pobytu po katarze i przeziębieniu nie było śladu.

Pojechaliśmy do Parku Zdrojowego. Ja na nogach a Orzeszek na swoim biegowym rowerku. Trasa spod pensjonatu do parku jest niestety długa, więc podczas codziennych spacerów rower często lądował w moich rękach. Raz przeszłam samą siebie. Niosłam plecak, rower, kask i Orzeszka. Dotarłam do pensjonatu na czworakach. Padł wtedy rekord temperatury tego lata i musiałam wyglądać jak uczestnik wyprawy szturmowej na Kanczendzongę, bo recepcjonistka od razu podbiegła do mnie z kubkiem chłodnej wody. Trudno jednak. Obiecałam sobie, że codziennie będziemy spacerować. Nie ważne jak gorąco i jak deszczowo będzie na zewnątrz.

Efekt był taki, że w pensjonacie spędzaliśmy tylko noc i czas posiłków a resztę w terenie.

GDZIE WARTO PÓJŚĆ Z DZIECKIEM W RABCE??

1. Do Parku Zdrojowego.

Na rowerze, hulajnodze, rolkach, z wózkiem, lub bez i na piechotę. Dzieje się tam tyle, że nie sposób się nudzić. Punktem docelowym niech będzie tężnia solankowa rozsiewająca dookoła zdrowotny aerozol. Pełny dobrodziejstw rabczańskiej solanki jodkowo-bromowej. Na trawie dookoła tężni sporo jest zawsze kolorowych koców a na nich zadowoleni kuracjusze. Siedzą również na drewnianych ławkach i przy stolikach kawiarni Helena. Po obowiązkowych 15 okrążeniach idziemy na koktajl owocowy albo na lody. Potem kolejna rundka i ja ląduje na kocyku a Orzeszek na placu zabaw w pobliżu. Chyba, że jest za słonecznie i na placu nie da się wytrzymać. Ba! Nie da się tam nawet wejść. Na piasku można odtańczyć wtedy indiański taniec słońca. W tej sytuacji wracamy po kolacji i siedzimy do zmierzchu. Dzieciarni jest pełno a piasek przyjemny i chłodny.

Zaraz, zaraz… Tylko tyle można zobaczyć w tym Parku? . Zapytacie.

Otóż nie! Zanim dochodzimy do Tężni mijamy mnóstwo atrakcji. Orzeszek śmiga na rowerze po szerokich alejkach. Ja biegnę za nim łapiąc w locie rzeczy z torby i przepraszając wszystkich tych, którzy mają skrzywione z bólu twarze. Jeden trzyma się za kolano. Inny za stopę. No nie!  Bardzo, bardzo Państwa przepraszam. Nie opanował jeszcze sztuki hamowania. – krzyczę i uciekam. Dopadam moje dziecko. Zabieram mu rower i po raz kolejny tłumaczę, grożę i uczę: „Delikatnie, ostrożnie, wolno!”. Pomaga. Na jakiś czas. Po drodze mijamy kolejny plac zabaw. Dużo większy i kolorowy. Dzieciaki szaleją. Rodzice najczęściej siedzą w drewnianych altankach. Ja rezygnuje z wariactw z Orzeszkiem po tym jak niespodziewanie zatykam sobą jedną z kolorowych zjeżdżalni. Moje dziecko się śmieje. Ja udaje, że nic się nie stało i otrzepując moje powabne biodra dosiadam się do parskających ze śmiechu mam. 

W dalszą podróż wybieramy się na plac z dmuchanymi zamkami, trampolinami i wypożyczalnią mini gokardów. Słuchajcie to jedyne miejsce tutaj, którego nie znoszę! Dzieciaki skaczą po wytartym winylu a rodzice siedzą na plastikowych krzesłach niemal jednocześnie podnosząc prawą dłoń z zegarkiem. Już?? Jeszcze te nieszczęsne gokardy z pedałami. Jeśli już dacie się namówić szczerze polecam wypożyczalnie poza Parkiem przy ulicy Orkana.

Na co jeszcze możemy natknąć się w Parku? Kilka lat temu przeprowadzono jego kompleksową rewitalizację. Został podzielony na dwie części. Pierwsza to strefa rekreacyjno-wypoczynkowa z 10 ogrodami tematycznymi, wspomnianą tężnią i placami zabaw. Są jeszcze korty tenisowe, zamknięta strefa kładów, kawiarnie, ścieżka zdrowia, siłownia na świeżym powietrzu, park linowy i boiska do siatkówki plażowej. Druga część to strefa spacerowo-refleksyjna. Tu zapuszczaliśmy się rzadziej. Alejki są proste a całość przypomina nieco park angielski. Gdyby nie było Orzeszka okupywałabym tu codziennie jedną ławkę z książką w dłoni.

2. Na deptak, pod fontannę ze słoniami albo do amfiteatru.

Poranny spacer rozpoczynaliśmy najczęściej od przywitania się ze słoniową fontanną przy Kawiarni Zdrojowej. W jej narożnikach znajduje się siedem wykonanych z brązu figur słoni. Taka słoniowa rodzinka. Ulubieńcy maluchów i niemi aktorzy wieczornych widowisk „światło-woda-dźwięk”. Orzeszek codziennie po śniadaniu musiał pogłaskać najmniejsze latorośle. Wszystkie słonie mają obowiązkowo trąby w górze. Zaklinają dobry urlop. Skutecznie!

Zanim dotarliśmy do Parku musieliśmy przywitać się jeszcze z Kubusiem. To jeden z kucyków, który wozi maluchy po deptaku. Ma chore oczko, więc Orzeszek jego najczęściej wybierał do porannego „kłusu”. Następnie szliśmy na kawę do pobliskiej kawiarni. To znaczy ja po zastrzyk z kofeiny a Hubi z witaminy C w świeżo wyciskanym soku z pomarańczy.

Amfiteatr, który jest siedzibą Miejskiego Ośrodka Kultury w Rabce Zdroju, odwiedzaliśmy najczęściej koło południa. Zawsze odbywają się wtedy zajęcia dla dzieci. Przemiłe dziewczyny tańczą i ćwiczą z dzieciakami. Taka codzienna porcja ruchu w wesołym towarzystwie. Ja w tym czasie spinałam pośladki w rytm muzyki. Chociaż tyle. Wieczorami z amfiteatru dobiega muzyka będąca tłem albo główną atrakcją spektakli i koncertów. Dla maluchów rozpoczynają się one koło 17.00. Siedzą wtedy na scenie i czują się trochę jak aktorzy. Byliśmy raz na takim spektaklu o rybaku i złotej rybce. Super.

3. Na spektakl do Teatru Lalek Rabcio.

Moje dziecko pokochało teatr i to dosłownie. Nasz pierwszy spektakl w Rabciu opowiadał o przygodach tchórzliwego tygryska Pietrka, któremu stare, groźne tygrysy odebrały paski. Czy je odzyskał? Dowiedźcie się koniecznie. Orzeszkowi bajka podobała się tak bardzo, że widział ją w Rabciu dwa razy.

Trochę gorzej było ze spektaklem o Calineczce. Już na początku przestraszył się groźnej Ropuchy, która chciała wydać Calineczkę za swojego syna. Gdy uratowały ją rybki troszkę się uspokoił. Przespał zaloty Chrabąszcza i obudził się w momencie kiedy Pani Mysz namawiała ją na ślub z kretem (Rany Boskie!!!). Gdy go zobaczył wpadł w taką histerię, że musiałam go wynieść z teatru potykając się po drodze o zafascynowane sztuką dzieci. No cóż każde jest inne. Moje chyba będzie reagowało alergią na ślub.

4. Do Muzeum Górali i Zbójników

To była prawdziwa przygoda. Znaleźliśmy się w świecie Harnasi, gdzie czekały skarby do odkrycia i gdzie zdobyliśmy „Oddznakę Tropiciela Zbójników”. Wszystko działo się w kilku obiektach na niewielkim terenie; w zabytkowej góralskiej chacie, nibyzamku – gdzie słychać zbójnickie okrzyki, szałasie pasterskim i w mikrolochach. Na końcu zwiedzania zadano nam podchwytliwe pytania. Przyznaję! Z jednym nie dałam rady, przy reszcie było dużo śmiechu. Ale BINGO!! Oprócz odznaki wygraliśmy ciupagę, którą Orzeszek momentalnie przechrzcił na miecz. Trudno Prawdziwym Harnasiem zostanie jak przyjedzie tu z Tatusiem! A juści że tak!

5. Do Skansenu Taboru Kolejowego w Chabówce i koniecznie na przejażdżkę pociągiem retro

Skansen powstał w miejscu, gdzie podczas II wojny światowej mieściła się parowozownia. Tabor jest ogromny: parowozy, lokomotywy elektryczne i spalinowe, wagony osobowe i pocztowe. Grał jedną z ról w „Liście Szindlera”, „Przedwiośniu”, „Katyniu”, „Przygodach dzielnego Wojaka Szwejka”, „Złocie Dezerterów”. Żałuję, że nie wybraliśmy się na przejażdżkę pociągiem retro do Mszany Dolnej. Dla takiego malucha jak Orzeszek byłaby to jeszcze większa atrakcja niż oglądanie monumentalnych z jego punktu widzenia maszyn. Wybierając się tam z małymi dzieciakami uważajnie na nie. Chwila nieuwagi i będziecie je ściągać z wiązara, który łączy koła napędowe.

6. Do Rabkolandu

Byliśmy tam dwa razy. Nie jest to Energyland z Zatoru pod Krakowem, który moim zdaniem, robi dużo większe wrażenie. Niemniej jednak, przyjemnie było się rzucić z Orzeszkiem w kolorowy świat zabawy. Czas minął nam błyskawicznie. Wróciliśmy na obiad a potem z powrotem fruuuu… do Rabkolandu. Czegoż tam nie ma!

Muzeum Orderu Uśmiechu, a więc jedynego na świecie odznaczenia nadawanego dorosłym na wniosek dzieci. Wzruszające są oryginalne wnioski dzieci i listy oddznaczonych. Orzeszek wzruszył się mniej ale zainteresowały go kolorowe, dziecięce rysunki i był pod wrażeniem, że o przyznaniu takiego orderu decydują takie dzieci jak on.

Muzeum Rekordów i Osobliwości z mnóstwem eksponatów i zdjęć związanych z pobitymi rekordami oraz znanymi osobistościami. Zobaczycie tutaj: najmniejszy rower świata, buty używane bez przerwy przez 40 lat, przyrząd do pomiaru balonów z gumy do żucia, filiżanka na 26 tys. szklanek herbaty oraz walizki Strong Mana – każda po 120 kg. Wiecie co zrobiło największe wrażenie na moim dziecku?? No oczywiście!! Śmiedzące buty, które ktoś nosił przez 40 lat. Non stop!

Karuzele, z których prym wiódł żółty autobus. Jeździ do przodu i do tyłu a w dodatku lata! Pod koniec każdego pobytu w Rabkolandzie musiałam omijać miejsce, gdzie się mieścił , bo jak tylko został zauważony zaczęło się tuptanie, drobienie i proszenie „Mamuś tylko jedną minutkę. Ostatni raz. Słowo skałta. Prose…”. Następny pod kątem popularności był kredkowy las, gdzie zawiózł go uśmiechnięty samochód w jego ulubionym czerwonym kolorze. Disko Boat, czyli okrągłe dwuosobowe pontony na wodzie, z których o mało nie wypadliśmy w momencie kiedy Orzeszek chwycił za kierownice. Potem karuzela zbudowana na podstawie książki R. Kiplinga „Księga Dżungli” i oczywiście 6 minutowa przejażdżka Wielkim Młynem 28 metrów w górę. Rabkę widać stamtąd jak na dłoni.

Dom Śmiechu i Teatry Ruchomych Figur przedstawiające kolorowe postacie w fantastycznych strojach. Dzieci same je uruchamiają wielkimi przyciskami obok gabloty.

Akademia Magii i Teatr Pacynka. Szczególnie ten ostatni zapadł mojemu dziecku w pamięć. Ku mojemu zaskoczeniu sam się zgłosił do ratowania księżniczki uwięzionej w wieży. Razem z innym dużo starszym rycerzem dzielnie napinał muskuły. Uciekł jak trzeba było skraść wybrance całusa. Nie wymagajmy jednak wszystkiego od razu. W Rabkolandzie jest dużo więcej atrakcji. Przedstawiłam tylko niektóre. Resztę sprawdzcie sami. Nie zapomnijcie przy tym o tatuażu dla Waszych pociech. To obowiązkowy punkt programu. Taka kropka nad „i”.

7. Pod pomnik Świętego Mikołaja

Nie jest to wprawdzie taki Mikołaj o jakim wszyscy myślimy. Gruby, z siwą brodą i worem prezentów na plecach. To biskup z Miry w Azji Mniejszej. Jednak wielu twierdzi, że to pierwowzór tego od prezentów. Jeśli do Rabki wybierzecie się pociągiem zobaczycie go na samym początku Waszego pobytu w tym mieście. To on pierwszy Was przywita. Znajduje się bowiem na placu przed zabytkowym budynkiem dworca kolejowego.

Gdzie mógł powstać pomnik, tak kochanego przez dzieci świętego jak nie tutaj?

W mieście gdzie w pierwszej kolejności myśli się o dzieciach i gdzie czeka na nich tyle przyjemności? W Mieście Dzieci Świata, gdzie wiele z nich wraca do zdrowia otoczone opieką podobną do tej jaką roztaczał nad nimi Święty Mikołaj. Warto tu przyjeżdżać. Dla zdrowia, zabawy i tej czystej przyjemności jaką jest spędzenie czasu ze swoim dzieckiem. To nie o to chodzi, że nie można się nudzić. Tu naprawdę NIE DA się nudzić. Można zorganizować czas tak, że nie wiadomo kiedy mija. Orzeszek ledwo z Rabki wyjechał już chciał wracać. Ja też wspominam ten czas z sentymentem i uśmiechem. Było fajnie! Wrócimy.

20150812_152018 20150811_125033 20150811_123207 20150811_104558 20150810_152345

Sprawdź także

Brak komentarzy

Zostaw komentarz